Analiza grupy G mundialu mistrzostw świata 2026

Grupa G zapowiada się jak stary, rozklekotany rollercoaster. Belgia jedzie na ostatnich oparach swojego złotego pokolenia. Egipt wreszcie ma realną szansę przełamać swoją straszną klątwę. Iran gra o honor i przetrwanie w politycznej zawierusze. Nowa Zelandia tylko czeka, żeby kogoś zaskoczyć.

Belgia – rdzewiejący diament. Pamiętacie ich z 2018? Teraz to już tylko wspomnienie. De Bruyne wciąż jest geniuszem, ale genialność nie wygrywa meczów, gdy wokół ciebie biegają młodzi gniewni. W obronie katastrofa – Vertonghen dawno na emeryturze, a nowi nie umieją ustawić się do wiatru. Lukaku? Cztery lata temu w Katarze zmarnował takie sytuacje, że szwagier by nie darował. Garcia ściągnął kilku młodych, ale to nie jest rewolucja. To plaster na tętnicę. Awans? Ledwo, ale jeszcze mogą.

Egipt – klątwa trwa? Dla Faraonów mundial to zawsze koniec na fazie grupowej. Zero zwycięstw. Zero. Salah ma 33 lata. Z Liverpoolu odszedł po awanturze ze Slotem – rozwiązał kontrakt, pożegnał Anfield i teraz jest wolny jak ptak. Przed mundialem negocjuje z Al-Ittihad, Juventusem i Fenerbahce. Dobra wiadomość: jest Omar Marmoush, który w Manchesterze City zmienia mecze. Zła: reszta drużyny to liga arabska. Ale największa zmiana jest na ławce. Po klęsce na AFCON wylali Rui Vitorię, a w jego miejsce wsadzili Hossama Hassana. Nie żaden tam zagraniczny specjalista. Tylko własna legenda, najskuteczniejszy snajper w historii kadry. I facet, który ma jedną zasadę: najpierw nie puścić gola, potem jakoś to będzie. Brzydkie? Skuteczne? W tej grupie może wystarczyć na Nową Zelandię i wkurzonego Iranu.

Iran. Bez hymnu, bez balu.

Wylądowali w Ameryce, która ich nie chciała. Wizy w ostatniej chwili. Baza treningowa zamiast Arizony? Meksyk. Władze bały się ich jak ognia. Ghalenoei zbiera to, co zostało. Liga w Iranie od miesięcy nie gra. Taremi w Olympiakosie jeszcze strzela, ale wokół niego pustynia. Azmouna nie ma – wyleciał za politykę. Pierwszy mecz z Nową Zelandią. Muszą wygrać. Potem Belgia i Egipt. Nigdy nie wyszli z grupy. Może teraz, w tym amerykańskim piekiełku – właśnie teraz.Albo nie. I wrócą do domu z podartymi paszportami. W tej drużynie nawet porażka ma drugie dno.

Nowa Zelandia. Nikt nie wierzy, ale oni to lubią.

Chris Wood ma 34 lata i kolano jak złożony mebel. W Nottingham Forest ledwo zipie, ale w kadrze to król. 45 goli. Tyle strzelili razem cały reszta .Reszta to chłopaki z ligi australijskiej i MLS. Żadnego Aryzona, żadnego Waina. Kiedyś mieli Reid’a, dziś mają tylko siebie i przeświadczenie, że nie przyjechali na wycieczkę.W grupie z Belgią, Egiptem i Iranem typują ich na ostatnie miejsce. Uśmiechają się pod nosem. Przecież Australia w 2022 prawie ograła Argentynę. Dlaczego nie oni? Pierwszy mecz z Iranem. Jeśli ugrają punkt, wszystko jest możliwe. A potem? Niech Belgia dygocze przed staruszkiem Woodem, który za pół godziny ledwo będzie chodził. Wracają do domu i tak jako bohaterowie. Bo dla nich każdy gol na mundialu to jak finał. I wiedzą coś, czego faworyci nie rozumieją: tu nie chodzi o technikę. Tylko o to, kto bardziej wytrzyma ból.

 

czytaj dalej...

udostępnij na:

REKLAMA

najnowsze