Derby Krakowa, wielkie emocje (prawie, bo to jednak nie TE derby) i moment, w którym domknął się pewien krąg życia. Moment, w którym widzimisię pana Kwietnia wykipiało dzięki bezkontaktowemu golowi wielokrotnego reprezentanta Polski oraz, jak wiadomo, idola Kyliana Mbappé (Kamila Glika). Wszystkie te niezwykłe okoliczności wydawały się wymarzone, jak gdyby zostały wymyślone ręką futbolowych bogów tylko po to, by przeznaczenie Kazimierza Moskala zostało wypełnione.
Trener, niczym Norwich w czasach swojej świetności — za mocny na 1. ligę, a za słaby na Ekstraklasę — został zwolniony z Wieczystej Kraków po 23 meczach w żółtej drużynie z Krakowa. Co najzabawniejsze, stało się to po spektakularnym awansie wywalczonym w barażach. Historia zatoczyła więc koło. W poprzednim epizodzie w Ekstraklasie Moskal został zwolniony z ŁKS-u Łódź również po tym, jak wcześniej wprowadził go do najwyższej klasy rozgrywkowej. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że Kazimierz Moskal stworzył sobie pewien wyjątkowy model kariery. Najpierw bierzesz klub, awansujesz z nim poziom wyżej, przez chwilę możesz poczuć, że zrobiłeś coś naprawdę dużego, a następnie rzeczywistość, szara eminencja ustalająca zasady działania tego świata pokazuje ci miejsce w szeregu i ktoś dochodzi do wniosku, że jednak nie jesteś właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. I cykl zaczyna się od nowa. Jeśli futbol jest grą cykli, to Kazimierz Moskal jest jednym z jej najbardziej konsekwentnych bojowników. Biorąc pod uwagę tę tendencję, na miejscu klubów z 1. ligi z całą zaciekłością walczyłbym o względy Moskala. Nosił kwiaty, dawał bombonierki, pisał romantyczne listy, a przede wszystkim kupował atrakcyjnych piłkarzy do ofensywnego grania na klepkę. Bo przecież jeśli istnieje trener, który ma szczególny talent do tego, żeby awansować z zespołem do Ekstraklasy, a następnie zostać zwolnionym, to trudno o lepszą inwestycję dla klubu, którego największym marzeniem jest właśnie awans. Można wręcz powiedzieć, że Moskal jest człowiekiem od zadań specjalnych. Potrzebujesz awansu? Dzwoń do Kazimierza. Potrzebujesz poukładać zespół, który ma grać w piłkę, a nie tylko kopać ją w kierunku bramki przeciwnika? Dzwoń do Kazimierza. Potrzebujesz trenera, który po wykonaniu swojej roboty zostanie zwolniony, żeby przypadkiem nie przeszkadzać w realizacji kolejnego, bardziej ambitnego planu właściciela? No cóż… Wtedy również możesz zadzwonić do Kazimierza.
Oczywiście cała sytuacja z Wieczystą jest trochę bardziej skomplikowana. Sam fakt, że trener zostaje zwolniony po awansie, nie musi jeszcze oznaczać kompletnego absurdu. Piłka zna wiele przypadków, w których człowiek idealny do wykonania jednego zadania niekoniecznie jest człowiekiem idealnym do wykonania kolejnego. Można przecież uznać, że Moskal świetnie sprawdził się w prowadzeniu Wieczystej na poziomie 1 ligi, wywalczył awans i na tym jego misja się zakończyła. Tylko że wtedy pojawia się pytanie: po co w ogóle było go zostawiać na letni obóz przygotowawczy oraz okno transferowe i budować z nim projekt, skoro po pierwszych czterech kolejkach sezonu wystarczyło uznać, że jednak nazwisko Moskal nie brzmi tak dobrze jak Kopić zły brat bliźniak Sopicia? Start sezonu 1-0-3 rzeczywiście nie jest najbardziej udanym początkiem sezonu w historii początków sezonu (Raków Częstochowa). Nie trzeba być analitykiem danych, żeby zauważyć, że trzy porażki w czterech spotkaniach nie wyglądają szczególnie dobrze. Z drugiej strony mówimy o Wieczystej, czyli klubie, w którym standardowe zasady funkcjonowania polskiego futbolu trochę tracą na znaczeniu. Nadwagą portfela pana Kwietnia można przykryć bardzo wiele problemów.
Dlatego trudno sobie wyobrazić, żeby Wieczysta miała po Moskalu szczególnie długo płakać. Klub ma pieniądze, ma ambicje, ma zawodników, ma właściciela, który najwyraźniej nie boi się podejmować decyzji, które dla przeciętnego obserwatora mogą wyglądać dość… spontanicznie. A jeśli pierwszy kandydat nie wypali, to zapewne znajdzie się drugi. W końcu w Wieczystej problemem raczej nie jest brak możliwości, tylko ustalenie, która z wielu jest aktualnie tą właściwą.
A skoro już jesteśmy przy założeniu „trzeba było zmienić trenera, bo wyniki”, to warto spojrzeć, co wydarzyło się później. Bo jeżeli Kazimierz Moskal był problemem, to Željko Kopić na razie nie wygląda na człowieka, który przyjechał do Krakowa z magiczną różdżką. Wręcz przeciwnie — po zmianie szkoleniowca Wieczysta nadal znajduje się w stanie, który można określić jako sportową katastrofę, za to bardzo drogą i luksusową. Kopić rozpoczął pracę od remisu 1:1 z Zagłębiem Lubin, później przyszła porażka 0:2 z Pogonią Szczecin, a następnie 2:2 z Widzewem Łódź. Do tego doszła jeszcze pucharowa wpadka z Avią Świdnik (Betclic 2. liga), zakończona porażką 1:3. Czyli zamiast wielkiego efektu nowej miotły mamy trzy mecze ligowe, dwa punkty i ani jednego zwycięstwa, a jeśli dorzucimy Puchar Polski, bilans robi się jeszcze mniej przyjemny.
Może więc zamiast kolejnego polowania na człowieka, który naprawi Wieczystą w cztery kolejki, warto byłoby odpowiedzieć sobie na znacznie trudniejsze pytanie: co właściwie ten klub chce zbudować? Bo jeśli odpowiedzią jest „drużyna, która ma być gotowa natychmiast”, to Wieczysta prawdopodobnie będzie jeszcze długo zmieniać trenerów. Jeśli natomiast odpowiedzią jest „poważny klub Ekstraklasy”, to być może największym luksusem, na jaki stać pana Kwietnia, nie jest kolejny drogi transfer ani kolejny trener, lecz odrobina cierpliwości.
I właśnie tutaj dochodzimy do najciekawszego aspektu całej sprawy. Bo pytanie, czy Kazimierz Moskal nadaje się do Ekstraklasy, wydaje się w tym wszystkim wręcz drugoplanowe. Oczywiście, można dyskutować o jego warsztacie, stylu gry, wynikach, zarządzaniu szatnią czy o tym, czy jego zespoły potrafią jakkolwiek bronić. Można analizować jego poprzednie pobyty w Ekstraklasie i próbować znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego jego przygody z najwyższą klasą rozgrywkową kończyły się w podobny sposób. Znacznie bardziej interesujące jest to, jak po tym wszystkim będą podchodzić do budowania klubu pan Kwiecień oraz Sławek Peszko. Bo jeżeli Wieczysta ma w przyszłości funkcjonować jako poważny klub, który nie tylko chce szybko awansować, ale również utrzymać się na wyższym poziomie i krok po kroku budować swoją pozycję, to kluczowa będzie stabilność. Nie ta na boisku, bo ta zawsze może się skończyć po czterech kolejkach. Chodzi o stabilność pomysłu. Wieczysta może sobie pozwolić na zmianę trenera. Może sobie pozwolić na kolejnego zawodnika. Może sobie pozwolić na nietrafiony transfer, kolejny nietrafiony transfer, a nawet bardzo nietrafiony transfer. Pytanie brzmi jednak, czy może sobie pozwolić na ciągłe zmienianie kierunku, w którym zmierza cały projekt. Bo łatwo jest prowadzić klub, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem. Prawdziwy test przychodzi wtedy, kiedy drużyna przegra trzy mecze; pojawiają się nerwy; kibice (kibice?) zaczynają pytać: „Co dalej? I paradoksalnie może się okazać, że na całej sytuacji najbardziej straci nie Moskal i nie Wieczysta, tylko niedzielny widz Ekstraklasy. Widz, który z wypiekami na twarzy mógł śledzić wesołe 3:4 w Gliwicach i zastanawiać się, czy właśnie ogląda profesjonalny mecz piłkarski, czy może transmisję z eksperymentu społecznego, w którym obie drużyny postanowiły sprawdzić, ile goli można stracić, zanim ktoś przestanie liczyć. Bo właśnie takich historii w Ekstraklasie nigdy nie jest za dużo. Kazimierz Moskal na tym zwolnieniu raczej nie straci. Trudno przypuszczać, żeby trener z doświadczeniem w Ekstraklasie i świeżym awansem na koncie długo pozostawał bezrobotny. Prędzej czy później pojawi się kolejny klub, który uzna, że właśnie takiego człowieka potrzebuje. Być może będzie to znowu klub z 1. ligi. Być może znowu skończy się awansem. A wtedy pozostanie tylko poczekać na kolejny etap cyklu. Bo może właśnie na tym polega cykl życia Moskala. Awans. Ekstraklasa. Zwolnienie. Powrót. Awans. Ekstraklasa. Zwolnienie. I tak aż do momentu, w którym futbolowi bogowie uznają, że historia zatoczyła już wystarczająco dużo kół.
Jak co poniedziałek no2 Adam Żemła

Wojciech Kwiecień


