Rafał Nahorny i jego segment statystyczny zazwyczaj są ostatnią rzeczą, której chciałbym słuchać podczas meczu Ekstraklasy. Człowiek ma swoje granice. Są jednak momenty, kiedy nawet najbardziej zatwardziały przeciwnik tabel, wykresów i współczynników zaczyna z niepokojem zerkać w stronę statystyk.
Takim momentem jest bez wątpienia przypadek Mahira Emrelego.
Kiedy spojrzymy na liczby dotyczące reprezentanta Azerbejdżanu, zaczynają dziać się rzeczy, których nie da się już tak łatwo wyjaśnić piłkarską logiką. Emreli właśnie uratował Azerbejdżanowi remis z fatalnie grającą Litwą. I już sam fakt, że Azerowie potrzebowali ratunku w meczu z Litwinami, powinien zapalić kilka czerwonych lampek.
O poziomie tego spotkania sporo mówi zresztą obecność dobrze znanego kibicom Ekstraklasy Tutyskinasa, który jeszcze nie tak dawno miał problemy z regularnym łapaniem się do składu pierwszoligowego ŁKS-u Łódź. A mimo to Azerbejdżan nie był w stanie wygrać.
Emreli jednak zrobił swoje.
Czy Mahir Emreli naprawdę przynosi pecha?
I właśnie wtedy po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czy wokół tego człowieka nie krążą jakieś gusła, demony i inne siły nadprzyrodzone, których nie przewidziałby nawet najbardziej doświadczony egzorcysta.
Być może problem nie polega na tym, że Mahir Emreli trafia do drużyn, które nie potrafią wygrywać.
Być może to drużyny, do których trafia Emreli, tracą zdolność wygrywania.
Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale spójrzmy na liczby.
Emreli rozgrywa właśnie swój drugi sezon w Ekstraklasie. W sezonie 2021/22 wystąpił w lidze 15 razy. Bilans Legii Warszawa w tych spotkaniach? Zaledwie trzy zwycięstwa.
Teraz mamy obecny sezon i dziewięć ligowych występów. Jedna wygrana.
Trzy zwycięstwa w piętnastu meczach. Jedno zwycięstwo w dziewięciu.
Przypadek?
Nie mam pojęcia. Ale materiał na teorię spiskową jest wręcz wzorowy.
Emreli jednym z jasnych punktów Rakowa
Najzabawniejsze jest jednak to, że nie mówimy tutaj o zawodniku, który przechodzi przez mecze kompletnie niezauważony.
Wręcz przeciwnie.
Mahir Emreli jest jednym z niewielu jasnych punktów Rakowa Częstochowa w sezonie, który momentami przypomina czarną dziurę pochłaniającą wszystko, co znajduje się w jej pobliżu.
Obok Kacpra Trelowskiego i Patryka Makucha Azer jest jednym z tych piłkarzy, na których można jeszcze spojrzeć bez poczucia, że właśnie straciło się kolejne półtorej godziny życia.
I tutaj pojawia się problem całej teorii.
Jak można podejrzewać o sprowadzanie niemocy na drużynę zawodnika, który sam jest jednym z jej najlepszych piłkarzy?
No właśnie. Logika zaczyna się tutaj niebezpiecznie sypać.
Azerowie kochają swojego napastnika
Azerbejdżan kocha Mahira Emrelego. To żadna tajemnica.
Gwiazda reprezentacji ma w swoim kraju rzeszę fanów, którzy z godną podziwu regularnością śledzą Raków, komentują jego mecze i analizują sytuację swojego ulubieńca.
Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że część Azerów wie o częstochowskim klubie więcej niż niejeden polski kibic.
Co ciekawe, również tam zaczęły pojawiać się głosy sugerujące, że być może problem może tkwić… w ich własnym bohaterze.
Wyobraźmy sobie taką sytuację.
Jesteś fanem reprezentacji Azerbejdżanu. Twój najlepszy napastnik strzela gola i ratuje drużynę przed kompromitacją. Normalny człowiek świętuje.
Ty natomiast zaczynasz liczyć, ile razy jego klub wygrał mecz, kiedy pojawił się na boisku.
I nagle robi się naprawdę dziwnie.
Statystyka kontra zdrowy rozsądek
Oczywiście można powiedzieć, że to zwykły przypadek.
Próba łączenia wyników drużyny z obecnością jednego zawodnika jest przecież mocno wątpliwa. Piłka nożna to sport zespołowy. Na wynik wpływa kilkunastu zawodników, trener, przeciwnik, sędzia, forma dnia, kontuzje, terminarz, a czasem nawet zwykły fart.
Wszystko to byłoby prawdą.
Tylko czy naprawdę chcemy odbierać sobie tę historię poprzez używanie zdrowego rozsądku?
Znacznie ciekawiej jest przecież założyć, że Mahir Emreli przyjechał do Polski nie tylko grać w piłkę.
Być może przywiózł ze sobą starożytny azerski artefakt.
Być może podczas transferu nikt nie sprawdził bagażu.
Być może w jednej z walizek, obok korków i kosmetyczki, znajdowała się klątwa, która od tego momentu sprawia, że każda drużyna Emrelego zaczyna zapominać, jak się wygrywa.
Czarnoksiężnik, który sam nie podlega klątwie
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że sam Mahir zdaje się być całkowicie odporny na działanie tej hipotetycznej klątwy.
Kiedy inni zawodnicy gasną, Azer potrafi pojawić się tam, gdzie trzeba.
Kiedy reprezentacja potrzebuje gola, on go zdobywa.
Kiedy Raków wygląda tak, jakby zapomniał, po co właściwie wyszedł na boisko, Emreli potrafi zrobić coś, co przypomina jeszcze profesjonalną piłkę.
I właśnie dlatego cała teoria jest tak absurdalna.
Z jednej strony mamy zawodnika, który regularnie potrafi dać swojej drużynie coś ekstra. Z drugiej strony liczby dotyczące wyników zespołów, w których występuje, zaczynają wyglądać tak, jakby ktoś celowo próbował napisać scenariusz do piłkarskiego horroru.
To już nie jest przypadek. To materiał dowodowy
Jedno jest pewne.
Gdy następnym razem Raków wyjdzie na boisko z Emrelim w składzie i po raz kolejny nie wygra, nie będę już patrzył na tabelę.
Nie będę analizował xG.
Nie będę sprawdzał posiadania piłki ani liczby kontaktów w polu karnym.
Po prostu zapalę światło, zamknę okna i sprawdzę, czy pod drzwiami nie stoi azerski szaman.
Bo trzy zwycięstwa w piętnastu meczach Legii z Emrelim na boisku, a następnie jedno w dziewięciu spotkaniach Rakowa to oczywiście nie dowód na żadną klątwę.
To tylko statystyka.
Ale jeśli przy następnej okazji znowu się powtórzy, proponuję już nie ryzykować.
Ktoś powinien sprawdzić walizkę Mahira Emrelego.
Adam Żemła jak co poniedziałek no3
Fot: Raków Częstochowa


