Lech Poznań wykonał ważny krok w stronę Mistrzostwa Polski. „Kolejorz” pokonał Jagiellonię Białystok 2:1 i tym samym może wygodnie rozsiąść się w fotelu lidera.
Czwartkowy hit zapowiadany był jako otwarty, z potencjalnie dużą ilością sytuacji. Sam Niels Frederiksen wypowiedział się w ten sposób na przedmeczowej konferencji. Po spotkaniu szkoleniowiec przyznał natomiast, że się pomylił. Koniec końców obie drużyny i tak dostarczyły kibicom emocji.
Adrian Siemieniec zaskoczył
Gorąca dyskusja na temat spotkania rozpętała się jeszcze przed jego rozpoczęciem. To za sprawą wyjściowego składu u obu klubów. Trener Niels Frederiksen po wygranej w Łodzi chciał wiele zmieniać. Duński szkoleniowiec dokonał jednak trzech zmian względem poprzedniego spotkania. Antoniego Kozubala zastąpił Gustav Berggren, Terry’ego Yegbe Mateusz Skrzypczak. Najciekawsza zmiana nastąpiła jednak w ataku. „Kolejorz” bowiem ponownie wyszedł z wariantem bez nominalnego napastnika. Yannick Agnero, który pozycja za pozycję zastępuje w teorii Mikaela Ishaka, znalazł się na ławce rezerwowych. Po kiepskim meczu przed trzema dniami, w którym Iworyjczyk zaliczył jedynie 15 kontaktów z piłką, musiało dojść do jakiejś zmiany. W ofensywie opiekun drużyny postawił na kwartet Rodriguez-Walemark-Sayyafmanesh-Palma.
Składem zdecydowanie bardziej zaskoczył Adrian Siemieniec. Choć stawka czwartkowego boju była spora, trener zdecydował się na cztery zmiany. Jednak jedna z nich była zmianą wymuszona. Jesus Imaz zmaga się z drobnym urazem i nie znalazł się w kadrze meczowej. Kapitana zastąpił jego rodak – Sergio Lozano. Zmiana nastąpiła też na skrzydle, gdyż miejsce na rzecz Ousmane Sowa stracił Kajetan Szmyt.
Do roszad doszło również w defensywie. Parę stoperów z Yukim Kobayashim utworzył Bernardo Vital. Największy rozgłos zdobyła jednak zmiana na lewej stronie obrony. Tam doświadczonego, choć czasem elektrycznego Guilerhme Montoię zastąpił Cezary Polak. Był to pierwszy taki sprawdzian dla 23-letniego obrońcy w tym sezonie. Zadanie z cyklu bardzo trudnych, bo na swojej stronie musiał mierzyć się z Patrikiem Walemarkiem.
Z dużej chmury mały deszcz
Przed spotkaniem można było liczyć na ofensywny futbol i sporo akcji z obu stron. W końcu obie ekipy przyzwyczaiły do tego swoich kibiców. Nic jednak bardziej mylnego, bo dłuższy czas 1. połowy odbywał się bez żadnych konkretów. Po Jagiellonii Białystok było jeszcze widać pomysł na grę i pewną odwagę. Najaktywniejszy był Ousmane Sow, który nieustannie szukał pojedynków z Michałem Gurgulem. Białostoczanie szukali też uderzeń z dystansu i okazji po stałych fragmentach gry. Ostatecznie jednak goście mieli problem ze skalibrowaniem celiwnika, bo do interwencji Mateusza Lisa zmusili dopiero w 34. minucie.
Jeszcze gorzej wyglądało to w ekipie Mistrzów Polski, w której było sporo chaosu. „Kolejorz” zupełnie nie potrafił przebić się przez defensywę rywali. Przez dłuższy czas podopieczni Nielsa Frederiksena nie potrafili też wykorzystać luk w defensywie, spowodowanych roszadami Adriana Siemieńca. Niech o początku czwartkowego widowiska świadczy także statystyka oddanych strzałów Poznaniaków. Przez pierwsze pół godziny meczu gospodarze nie zdołali oddać choćby jednej próby uderzenia.
Pierwszy celny strzał Mistrzów Polski nastąpił w 43. minucie. Wtedy to Szymon Marciniak nie odgwizdał przewinienia na Michale Gurgulu, co spowodowało zamieszanie w szykach obronnych gości. Piłka została przeniesiona do prawego sektora, a stamtąd Joel Pereira fantastycznie wypatrzył Pablo Rodrigueza pomiędzy parą stoperów Białostoczan, a ten strzałem głową otworzył wynik. Od tego momentu mecz się otworzył, a Lech Poznań zaczął tworzyć kolejne ataki. Pech chciał, że kiedy drużyna zaczęła wyglądać lepiej, to… straciła bramkę. Yuki Kobayashi wykorzystał brak pressingu Poznaniaków i zdecydował się na strzał z dystansu, który mógł przypomnieć kibicom o trafieniu Przemysława Wiśniewskiego z Nigerią, choć na Enea Stadion raczej bardziej pamiętają o huknięciu Terry’ego Yegbe. Po 1. połowie żadna z ekip nie była więc na prowadzeniu.
Nowy (stary) lider
Ostatnie minuty przed przerwą nie miały niestety przełożenia na 2. część spotkania. Poza groźnym strzałem Jagiellonii Białystok w 46. minucie drużyny wróciły do ustawień fabrycznych z początku spotkania. Kilka nieudanych dośrodkowań, niecelna próba Luisa Palmy, gwizdy przy długim wznawianiu gry przez Sławomira Abramowicza i w ten sposób upłynęło kolejne 20 minut. Obaj trenerzy zdecydowali się z tego powodu na zmiany w formacji ofensywnej. Niels Frederiksen do boju posłał Yannicka Agnero i Filipa Jagiełłę, a Adrian Siemieniec Kajetana Szmyta oraz Andersa Klygne. Wcześniej też strzelca wyrównującej bramki zastąpił Guilerhme Montoia, a powodem miał być uraz Japończyka.
O ile wcześniej przy niskim tempie lepiej radziła sobie Jagiellonia, tak teraz, a szczególnie po zmianach, więcej konkretów było po stronie Lecha Poznań. Jagiellonia wymieniała masę podań, utrzymywała się przy futbolówce, wychodziła spod pressingu, ale nie przynosiło to efektów w ofensywie. „Duma Podlasia” nie zdołała oddać ani jednego celnego uderzenia, mimo iż rywale rzadziej przejmowali piłkę. Brak Jesusa Imaza był dzisiaj bardzo widoczny.
Napastników Lecha Poznań zatrzymywał natomiast Sławomir Abramowicz aż do 87. minuty, kiedy to gospodarze zdołali wyjść na prowadzenie. Golkiper Jagiellonii przy rzucie rożnym popełnił błąd, który ostatecznie kosztował drużynę punkty. Bramkarz niepewnie wyszedł do dośrodkowania Michała Gurgula z rzutu rożnego i źle obliczył tor lotu piłki, dzięki czemu Robert Gumny mógł wpakować piłkę praktycznie do pustej bramki. Szymon Marciniak z początku anulował trafienie, ale po interwencji VAR zdecydował się zmienić decyzję. Niels Frederiksen po meczu oczywiście pochwalił z tego powodu zespół sędziowski, podczas gdy Adrian Siemieniec stwierdził, że jest to sytuacja 50/50.
Lech Poznań – Jagiellonia Białystok za nami, co dalej?
Lech Poznań po tym zwycięstwie może się wygodnie rozsiąść w fotelu lidera. Pozostaje pytanie, na jak długo? Już w niedzielę na Bułgarską przyjedzie Raków Częstochowa. Przed sezonem wydawałoby się, że czeka nas zacięte spotkanie, ale w tym momencie „Medaliki” są czerwoną latarnią ligi i przegrały każdy dotychczasowy mecz w PKO BP Ekstraklasie. Tydzień później ekipę Nielsa Frederiksena czeka trzeci z rzędu pojedynek przeciwko drużynie z TOP 4 z ubiegłego sezonu. „Lechici” udadzą się bowiem do Zabrza podjąć tamtejszego Górnika. Po tym pojedynku Poznaniacy rozpoczną swoją przygodę w Lidze Europy, a pierwszym przeciwnikiem będzie Crystal Palace.
Jagiellonia Białystok nie powiększyła w czwartek swojego dorobku, choć matematycznie także miała szanse na przejęcie koszulki lidera. Po pięciu spotkaniach Białostoczanie zgromadzili dziewięć punktów, co obecnie daje im 6. pozycję w tabeli. Przed „Jagą” teraz dwa spotkania z beniaminkami, w których na papierze będzie faworytem. Zespół Adriana Siemieńca bowiem podejmie w następnej kolejce u siebie Śląsk Wrocław, a następnie przy Reymonta stoczy pojedynek z Wisłą Kraków. Pierwszy bój w Lidze Europy brązowy medalista zeszłego sezonu stoczy natomiast z Olympiakosem. Zespół czeka więc daleka podróż do greckiego Pireusu.


