Na deser po weekendowych zmaganiach w ramach dwudziestej siódmej kolejki Premier League na wyjazd do czerwonej latarni ligi- Sheffield United udaje się Arsenal, czyli trzecia siła w całej stawce. Nad jednymi słońce już dawno zachodzi, a nad drugimi, zwłaszcza w ostatnich tygodniach, świeci jasnym blaskiem. W sobotę oraz niedzielę swoje zadanie wykonali Liverpool oraz Manchester City, więc na Kanonierach ciąży jeszcze większy obowiązek odniesienia zwycięstwa. Czy im się uda, przekonamy się od 21.00.
Pora godzić się ze spadkiem
Szable przed sezonem uchodziły za jednego z głównych kandydatów do spadku, lecz najsłabszej ekipy wśród trzech beniaminków szukano w Luton. Rzeczywistość jednak pokazała, że jakkolwiek pozytywne wrażenie zostawiają The Hatters, a Sheffield i tak wychwalane w Championship Burnley szorują po dnie tabeli, będąc jednymi z najsłabszych drużyn w ostaniach latach. Zaledwie trzynaście oczek po 26 kolejkach i aż jedenaście punktów straty do pierwszego bezpiecznego miejsca. Dosłownie nikt nie daje szans The Blades na pozostanie w angielskiej elicie. Superkomputer OPTA wyliczył, że podopieczni Chrisa Wildera mają około 0,5% szans na utrzymanie. I naprawdę trudno się dziwić tym predykcjom. Ani za kadencji Paula Heckingbottoma, ani teraz pod skrzydłami starego-nowego menedżera- Chrisa Wildera nie widać absolutnie żadnych przesłanek, że będzie lepiej. Dotychczas Sheffield straciło aż 66 bramek, co daje średnią ponad 2,5 gola na mecz i wciąż istnieje realna szansa, że końcowy wynik może zakręcić się w okolicach magicznej granicy 100. Na Bramall Lane kibice mieli już w tym sezonie wątpliwej jakości przyjemność obejrzeć takie spektakle swoich ulubieńców jak: 0-5 z Aston Villą, 0-5 z Brighton i 0-8 z Newcastle. Na wyjazdach również były spore strzelaniny: 0-5 z Burnley czy 0-5 z Arsenalem. Dosłownie nic nie wskazuje na to, by Szable miały jakkolwiek zagrozić dziś rozpędzonemu rywalowi. Choćby remis będzie nosił znamiona wielkiej sensacji i gigantycznej wpadki Kanonierów. Presja na piłkarzach gospodarzy jest w zasadzie żadna i tylko oni sami mogą się zmobilizować do podjęcia walki i sprawienia ogromnej niespodzianki, która mogłaby ich natknąć na końcówkę sezonu i podjęcie próby ratowania tonącego okrętu.
Zagrać, wygrać, zapomnieć
O Arsenalu sam w poprzednich zapowiedziach wielokrotnie pisałem w niemalże samych superlatywach, bo zespół Mikela Artety wyraźnie na to zasługuje. Kanonierzy są wyraźnie na fali wznoszącej i gdyby nie wpadka w Lidze Mistrzów, którą i tak mogą z łatwością odwrócić, ostatnie tygodnie mieliby po prostu perfekcyjne. Od porażki z Liverpoolem w FA Cup 7. stycznia na osiem rozegranych spotkań Arsenal wygrał aż siedem, strzelając dwadzieścia pięć goli i tracąc raptem cztery. Dwukrotnie zwyciężali 5-0, raz aż 6-0, do tego chociażby 4-1 z Newcastle czy 3-1 z Liverpoolem. Robi to piorunujące wrażenie. Ta forma pozwoliła na powrót do wyścigu o Mistrzostwo Anglii i przed tą kolejką różnica między liderem z Liverpoolu a trzecim Arsenalem wynosiła zaledwie dwa oczka. Po dramatycznej końcówce na City Ground i pokazie dominacji w Derbach Manchesteru obaj uciekający dopisali kolejne trzy punkty do swego dorobku i to samo musi uczynić dziś Arsenal. Walka o triumf w Premier League dawno nie była tak wyrównana i każde najmniejsze potknięcie, a tym bardziej w tak z pozoru łatwym meczu boli podwójnie. Motywacja jest, forma także, więc nie pozostaje nic innego niż wyjść na boisko i udowodnić swoją klasę.
Naprawdę nie ma się co łudzić, że ten mecz zapowiada się jakoś wyrównanie. Arsenal musi to wygrać, a Sheffield nie daje już powoli oznak życia i chęci powalczenia o utrzymanie. Czy dziś im się to zmieni? Mocno śmiem wątpić, ale przekonać się o tym możemy od 21.00.


