Konrad Stych pobił rekord świata. „Powinniśmy awansować na mistrzostwa” [WYWIAD | CURLING]

Konrad Stych to kapitan Wałbrzyskiego Klubu Curlingowego, który z reprezentacją po raz pierwszy w historii zagrał na mistrzostwach świata. Teraz wraz z Klaudią Wajdą walczy o awans na kolejny czempionat globu, tym razem w turnieju par mieszanych, a po drodze pobił rekord świata. W rozmowie z Radiem Gol opowiada o curlingowych celach, Mistrzostwach Europy w Ostrawie i o tym, jak łączy sport na światowym poziomie z codzienną pracą.

Konrad Stych i walka o mistrzostwa świata w mikstach

Mateusz Konsewicz, Radio Gol: Zaczynając od bieżących wydarzeń. Wraz z Klaudią Wajdą awansowaliście do ćwierćfinału eliminacji do Mistrzostw Świata mikstów. Jakie emocje Panu w związku z tym towarzyszą i czy faktycznie jest potencjał, aby wywalczyć bilet do Lohji w Finlandii?

Jesteśmy bardzo zadowoleni. Jednocześnie wiemy jednak, że ten turniej dla nas zaczyna się w zasadzie od play-offów. Uważam, że jesteśmy na takim poziomie, że powinniśmy awansować do finałów Mistrzostw Świata.

Szczęście kumuluje fakt, że w meczu z Filipinami wspólnie z Klaudią Wajdą pobiliśmy rekord świata w najbliżej zagranym łączonym DSC. Przed meczem zagrywamy dwa kamienie, po jednym każda osoba. Ich dystans od środka jest mierzony. Drużyna, która sumę odległości kamieni ma najniższą, ma w pierwszej partii hammera, czyli ostatni rzut. Nam się udało zdobyć wynik 2,9 centymetra. Był to więc dodatkowy smaczek w tym wszystkim.

Z tej okazji wielkie gratulacje. Nasuwa się więc od razu pytanie o Waszą współpracę. To jest pierwszy międzynarodowy turniej, gdzie przy polskiej parze widnieją razem nazwiska Klaudia Wajda i Konrad Stych. Jak Wam się ta współpraca układa?

Z Klaudią Wajdą gramy razem od zeszłorocznych Mistrzostw Polski. Był to w zasadzie dość ciekawy zbieg okoliczności. Długo zastanawiałem się, czy w tamtym turnieju będę brał w ogóle udział. Moja ówczesna partnerka zadecydowała o przerwie, nie miała przestrzeni do gry. Nie wiedziałem więc, z kim powinienem zagrać i czy powinienem zagrać. Wpadłem wtedy na pomysł współpracy z którąś z juniorek, żeby pokazać curling od nieco innej strony. Jak się okazało, była to dobra decyzja. Przegraliśmy jak na razie tylko jeden mecz, z wicemistrzami olimpijskimi, czyli Stanami Zjednoczonymi. Gra nam się bardzo dobrze, forma dopisuje. Myślę, że będziemy kontynuować naszą współpracę i wspólnie powalczymy o jak najlepsze wyniki.

Curling par mieszanych sporo się różni od klasycznej wersji gry. Jak wyglądały przygotowania do trwających eliminacji? Jak się też Pan czuje w tej odsłonie „szachów na lodzie”?

Mieliśmy kilka zgrupowań na lodzie. Jedyny tor do gry znajduje się w Łodzi. Klaudia jednak nie jest stamtąd, co wpłynęło poniekąd na liczbę naszych spotkań. Ostatecznie odbyły się cztery lub pięć wspólnych zgrupowań, nie do końca już pamiętam. Udało się natomiast wspólnie polecieć do Tallinna. Tam mieliśmy obóz męskiej kadry, ale udało się, aby Klaudia Wajda do nas dołączyła. Pozwoliło to nam razem wejść w ten sezon.

Co do samej dyscypliny par, to tak jak Pan mówi, jest to coś innego. Mecze mikstów są bardziej powtarzalne. Zarówno początek, jak i koniec partii opieramy na „wjazdach” [określane jako draw – precyzyjne zagranie, którego celem jest umieszczenie własnego kamienia w określonym miejscu toru bez uderzania i wybijania innych kamieni – przyp. red.]. Muszą one być bardzo dokładne. Jest to w pewien sposób powtarzalne, bo gramy w ten sposób praktycznie non stop. Gdy jedna z drużyn popełni błąd, to ta druga wtedy niemalże już całą taktykę opiera na tych wjazdach. Jest to więc inna dyscyplina.

Osobiście wolę tę klasyczną odmianę curlingu ze względu na dużo większą gamę zagrań. Inaczej się gra, aczkolwiek miksty również są przyjemne. Wielu widzów woli mecze par mieszanych. Są one dużo krótsze, jest większa liczba kamieni w grze i dla niektórych zwyczajnie więcej się tam dzieje.

Jak na razie to właśnie ta klasyczna wersja curlingu przynosi nam najwięcej sukcesów. W zeszłym roku historycznie udało się wystąpić na Mistrzostwach Świata, co było też konfrontacją z topowymi drużynami. Co Was tam najbardziej zaskoczyło – poziom gry, organizacja, czy może coś całkiem innego, czego z perspektywy telewizora nie było widać?

Przede wszystkim była zupełnie inna atmosfera, chociaż częściowo zbliżona do tej z Mistrzostw Europy najwyższej dywizji. Oczywiście też poziom. Na turnieju tej rangi każda drużyna gra naprawdę dobry curling i bardzo wiele potrzeba, żeby z nimi rywalizować. To był dla nas pierwszy taki turniej i było to niesamowite uczucie zagrać z zespołami z TOP 25. My na co dzień nie rywalizujemy z przeciwnikami z tego ścisłego topu, może czasem się zdarzy. Tam jednak było zatrzęsienie tych drużyn. My mogliśmy się z nimi zmierzyć, podpatrzyć, jak się zachowują na lodzie – warto było to przeżyć.

Konrad Stych o Mistrzostwach Europy w curlingu w Ostrawie

Przed Wami kolejny turniej wysokiej rangi, czyli Mistrzostwa Europy, które w tym roku odbędą się w Ostrawie. Rok temu debiutowaliście na najwyższym szczeblu. Jak przez ten czas się zmieniła Wasza drużyna, jesteście jeszcze dalej niż wtedy?

Tak, na pewno czujemy, że jesteśmy dalej. Mamy nowego trenera, rozwijamy się i idziemy do przodu. Nie jest to jednak wciąż poziom wystarczająco bliski tego TOP 25. Realnie patrząc, trudno mówić o walce o medale. Wywalczenie ósmego, siódmego miejsca to już byłby dla nas super wynik.

Od tego sezonu Mistrzostwa Europy zostały też bardzo uproszczone. Jest więcej drużyn, pojawił się podział na dwie grupy i nie ma już formuły „każdy z każdym”. Same mecze również zostały skrócone i potrwają teraz do ośmiu partii. To nam da nieco większe szanse, gdyż ta wariancja jest wyższa, im mniej partii gramy. Wiele drużyn przystąpi też w zmienionych składach. Rozpoczął się bowiem nowy cykl olimpijski, więc pojawiło się trochę roszad.

Ten format zmienia się o tyle, że dobrym wynikiem na Mistrzostwach Europy nie będzie już można zagwarantować sobie udziału w Mistrzostwach Świata. Ta zmiana jest Waszym zdaniem na plus, bo towarzysząca presja będzie mniejsza? Czy może na odwrót, gdyż celem samym w sobie stanie się jak najwyższe miejsce?

Dla nas, z perspektywy zawodnika, te Mistrzostwa Europy będą też po części przygotowaniami do Mistrzostw Świata. Właśnie też z tego względu, że oba turnieje stały się niezależnymi bytami i nie ma już tej zależności. Dla nas o tyle ważne będzie osiągnięcie jak najlepszego wyniku, gdyż od 8. miejsca wzwyż są przyznawane stypendia z Ministerstwa Sportu. To nas jeszcze rok temu nie obejmowało, gdyż nasza federacja nie była jeszcze uznana związkiem sportowym. Pozycję premiowaną nagrodą udało nam się wywalczyć, ale niestety nie objął nas ten program. Teraz się to zmieniło, jest to dla nas dodatkową motywacją, by walczyć o jak najlepszy rezultat.

Mimo to wciąż jednak najważniejszym turniejem dla nas pozostaje rywalizacja w Kanadzie. Rozgrywki europejskie nie dają na koniec dnia ani punktów do rankingu, ani kwalifikacji do tego najważniejszego na scenie curlingowej turnieju. Poprzez występy na Mistrzostwach Świata można też wywalczyć udział na Igrzyskach Olimpijskich, co pozostaje celem długoterminowym.

Będzie to chyba jednak o tyle wyjątkowy turniej, że rozgrywa się w Ostrawie, czyli bardzo blisko naszych granic. Czy jest to też dodatkowa okazja do promocji curlingu, zważywszy też na liczbę polskich kibiców, którzy zasiądą na trybunach liczniej niż zazwyczaj?

Tak, zdecydowanie. To jest bardzo ważny aspekt, o którym przed chwilą nie powiedziałem. Już teraz wiem, że ma być bardzo dużo Polaków, którzy w Ostrawie będą wspierać nas na tych Mistrzostwach Europy. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie miał tam więcej kibiców niż Polska, może o to miano spróbują powalczyć Czesi. Dla nas to będzie jeden z niewielu turniejów, gdzie fanów będzie aż tylu. Nieczęsto się nam zdarza taka sytuacja. Najwięcej kibiców podczas naszego meczu było podczas kwalifikacji na Igrzyska Olimpijskie, ale wciąż nie była to taka liczba, jak pojawia się na niektórych turniejach kanadyjskich czy Mistrzostwach Świata rozgrywanych w tym kraju. Jestem więc bardzo ciekawy, jak to będzie zagrać przy tylu polskich kibicach.

A jakby ocenił Pan ten podział na grupy? W Ostrawie czekają na Was Czechy, Norwegia, Szwajcaria, Szwecja i Hiszpania. Na papierze wydaje się, że to u Was rywale są mocniejsi niż w grupie A.

W teorii tak, ale w praktyce trudno powiedzieć. W tym momencie najmocniejszą drużyną na świecie są Szwajcarzy. To, że są u nas w grupie, to na pewno nie pomaga. Od Igrzysk Olimpijskich grają niesamowity curling. Natomiast z resztą drużyn możemy powalczyć. Szwedzi są w zmienionym składzie. Niedawno odbyły się tam kwalifikacje, których stawką był wyjazd na Mistrzostwa Europy. W serii pięciu meczów finałowych zwyciężył Team Eriksson, pokonując 3:2 ekipę Nymana, którą my dobrze znamy i jesteśmy z nią w stanie rywalizować na dobrym poziomie.

Z Hiszpanami dawno nie graliśmy. Nie było ich ostatnio w Dywizji A, ale myślę, że jest to poziom zbliżony do naszego. Jeśli chodzi o Norwegię, to lubimy z nimi grać. Ostatni bezpośredni mecz co prawda przegraliśmy, ale zazwyczaj jesteśmy blisko. Bilans spotkań z nimi prawie wychodzi na zero.

Moim zdaniem będziemy mogli powalczyć i to niezależnie od grupy, w której byśmy byli. Nie czuję, żeby w którejkolwiek z grup czekało nas łatwiejsze zadanie.

Curling, jego rozwój i łączenie gry z pracą

Nie da się ukryć, że wraz z sukcesami Pańskiej drużyny zmienia się postrzeganie curlingu w Polsce, który zyskuje na popularności. Jak to wpływa na Pana codzienne życie?

W codziennym życiu nie odczuwam tego aż tak mocno. Chociaż nie ukrywam, że bardzo podoba mi się to, ilu mamy w kraju ludzi, którzy nam kibicują, interesują się curlingiem czy rozpoczynają swoją przygodę z tym sportem. Wzrost zainteresowania curlingiem jest czymś świetnym. Ja odczuwam to tak, że poziom bycia sportowcem indywidualnie się zwiększa. Co roku jest coraz więcej różnych czynników.

Jesteśmy już w takim miejscu, gdzie mamy sponsorów. Jesteśmy w stanie pokryć większość kosztów naszych wyjazdów czy przygotowań. Teraz skupiamy się więc bardziej na takich rzeczach jak regeneracja czy dieta, żeby wycisnąć z tego maksimum.

W wywiadzie dla portalu Well.pl mówił Pan, że wielu ludzi nie rozumie, jak można grać na tak wysokim poziomie bez wsparcia finansowego. Łączy Pan przecież grę w curling ze standardową pracą. Jest szansa, by to w przyszłości uległo zmianie i gra mogłaby stać się jedynym zajęciem w Pana życiu?

W teorii dla mnie tak to wygląda. Przeprowadziłem się ze Śląska do Łodzi po to właśnie, by móc trenować na hali i tam też pracuję. Dzięki temu mam dostęp do lodu na co dzień. Z punktu widzenia finansowego natomiast to wciąż jest daleka droga. O ile nam jako drużynie udało się pozyskać wspomnianych sponsorów, wielu ludzi nam pomaga i jesteśmy jakoś w stanie dopiąć ten budżet, to mało kto ma tyle „szczęścia”. Może nie szczęścia, bo to też zaangażowanie i masa pracy, ale wiadomo, o co chodzi.

Tak żeby mieć pieniądze, by sobie na coś takiego pozwolić, będziemy musieli jeszcze bardzo długo poczekać. Jest to też pierwszy rok, w którym my dostaliśmy wsparcie z Ministerstwa. Dopiero teraz nasza federacja została zaakceptowana jako związek sportowy. Na ten moment to wsparcie pozwala, żeby nasze reprezentacje mogły pojechać na najważniejsze zawody sportowe, nie dokładając do tego własnych środków. Aby grać w curling na pełnym etacie, trzeba by mieć jeszcze pieniądze na przygotowanie, życie, turnieje. Do tego jest jeszcze długa droga. Dla mnie jednak najważniejszy dla polskiego curlingu jest jego rozwój, aby jak najwięcej ludzi ten sport uprawiało, było jak najwięcej juniorów i żebyśmy mieli jak najsilniejszą kadrę Polski.

Pan mówi o tym wszystkim ze sporym zafascynowaniem. Był jednak taki moment zwątpienia podczas łączenia gry z pracą i życiem, czy faktycznie da się to wszystko ze sobą pogodzić?

Bardzo trafne pytanie. Miałem takich momentów zwątpienia, wypalenia czy zmęczenia więcej niż jeden. Jest to życie sportowca z optymalizacją wyników pod kątem możliwości. Curling jest sportem drużynowym, więc istnieje wiele zmiennych, które wpływają na wynik.

Ja się przeprowadziłem do Łodzi, aby uprawiać curling, ale nie decyduje to o sukcesie. Gra nas więcej w drużynie i każdy ma swoje problemy. Trójka chłopaków w naszym zespole ma już dzieci, rodzinę, która potrzebuje ich czasu. Oni każdy swój urlop poświęcają, żeby pojechać na turniej. Tak to wygląda, że swoje urlopy układają pod plany curlingowe. Pojawiają się trudności, tych aspektów jest też dużo więcej.

Zdecydowanie więc miałem takie momenty, kiedy było mi trudno. Natomiast na ten moment czuję, że jestem w świetnym miejscu. Dołączył do nas nowy trener, Wade Scoffin. Ma on bardzo psychologiczne podejście i myślę, że to też dla mnie jest ciekawy kierunek rozwoju. Może być to kolejna rzecz, którą się będę zajmował. Psycholog sportowy jest zawodem, nad którym sam powinienem się zastanowić i być może w tę stronę też pójść.

O wsparciu z Ministerstwa Pan już nieco wspomniał. Jak to dokładnie wygląda po tym, jak zatwierdzili Wasz związek?

Polska Federacja Klubów Curlingowych dostała konkretną kwotę na sporty olimpijskie. Jest to kwota jawna, na stronie ministerstwa widnieje liczba 150 tysięcy złotych. Te pieniądze mają być nominalnie przeznaczone na wszystko – przygotowania, zgrupowania, turnieje czy wyjazdy. Obejmuje to dyscypliny olimpijskie, czyli rywalizację kobiet, mężczyzn i par mieszanych. Realnie rzecz biorąc, wsparcie to pozwala zapewnić drużynom wyjazdy reprezentacyjne, ale raczej nic więcej.

Chociażby, my jedziemy na Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Świata, kobiety grały w prekwalifikacjach do Mistrzostw Świata i dzieląc to wszystko, w praktyce nie ma tych pieniędzy na przygotowania czy rozwój tego sportu. To jednak, tak jak wspominałem, jest pierwszy sezon, w którym federacja w ogóle dostała to finansowanie, więc dla nas i tak jest to świetna sprawa. Część naszego budżetu drużynowego, który kiedyś był finansowany głównie ze środków prywatnych i tych pozyskanych od sponsorów, jest teraz także wspomagana częściowo z polskiej federacji przez wsparcie Ministerstwa.

W takim razie, zostając na koniec w klimacie rozwoju i Mistrzostw Europy w Ostrawie – co by Pan powiedział kibicom rozważającym wyjazd do Czech na ten turniej?

Jest to moim zdaniem okazja nie do przepuszczenia. Mistrzostwa Europy są wyjątkowo blisko, więc zachęcam wszystkich do przyjazdu i kibicowania. Myślę, że będzie niesamowita, magiczna atmosfera. Będzie sporo polskich kibiców, więc uważam, że warto. Ja, jeśli bym nie był zawodnikiem, to pojechałbym także jako kibic, bo szkoda przepuścić taką okazję. Ceny biletów są naprawdę niezłe, a można zobaczyć najlepszych curlerów na świecie. Nie jest to coś, co można zobaczyć na co dzień. Im kibiców będzie więcej, tym lepiej, tak że zapraszam.

fot. World Curling

 

Mateusz Konsewicz

czytaj dalej...

udostępnij na:

REKLAMA

najnowsze