Raków średniaków

 

Raków średniaków

Wielkie marzenia, włoski sen o Bergamo i obietnice przebijania kolejnych szklanych sufitów. Świerczewski, kiedyś jednoznacznie kojarzony z bezkompromisowym odnoszeniem sukcesów przy użyciu swoich — jak na tamte czasy — nieskończonych funduszy. Oraz najważniejsze, czyli konszachty z samym Mefistofelesem, potocznie zwanym Markiem. Tak przez ostatnie lata można było opisywać Raków Częstochowa. Klub, który z prowincjonalnego projektu wyrósł na jedną z najciekawszych historii polskiej piłki i przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby nie zamierzał zatrzymywać się na żadnym z kolejnych szczebli.

Jeszcze niedawno Raków był czymś więcej niż tylko klubem. Był modelem. Punktem odniesienia dla wszystkich tych, którzy chcieli zrobić coś inaczej. Stal Rzeszów dumnie mianowała się „nowym Rakowem”, Hutnik Kraków mówił o budowaniu klubu w oparciu o częstochowski model, a kolejni właściciele i prezesi polskich klubów patrzyli w stronę Limanowskiego, próbując odnaleźć instrukcję obsługi sukcesu. Raków był dowodem, że w polskich warunkach można zbudować strukturę, która będzie regularnie biła kluby o znacznie większych możliwościach, a przy okazji potrafiła wygrywać z nimi również poza boiskiem.  Dzisiaj ten obraz zaczyna się jednak wyraźnie rozmywać.  Jeszcze dwa lata temu określenie „chcemy być jak Raków” brzmiało jak ambitny plan. Dzisiaj kibice słysząc, że ich klub chciałby się wzorować na Rakowie, w akcie ostatniej desperacji, niczym Rejtan, położyliby się w drzwiach klubu, nie pozwalając, by obietnice zostały spełnione. Raków przestał być bowiem symbolem klubu, który wyprzedza rzeczywistość. Coraz częściej zaczyna być jej ofiarą.  Inflacja pieniądza w polskiej piłce zrobiła swoje. To, co kilka lat temu pozwalało Świerczewskiemu kupować przewagę, dzisiaj jest już znacznie mniej imponujące. Pieniądze, które kiedyś robiły różnicę, przestały być wystarczające do jej robienia. Jednocześnie utrata Marka Papszuna pozbawiła Raków człowieka, który potrafił z tych pieniędzy wycisnąć coś więcej, niż wynikało z samej wartości kadry. Papszun był nie tylko trenerem. Był częścią mechanizmu, który sprawiał, że Raków stale funkcjonował powyżej swojej kategorii wagowej.

Dzisiaj Raków, przy dobrych wiatrach, jest po prostu średni.  Zatrudnia średnich trenerów, sprzedaje dobrych piłkarzy, a zamiast budować przewagę sportową, coraz częściej próbuje budować portfel aktywów. To oczywiście może mieć sens biznesowy, ale rodzi fundamentalne pytanie: czy właściciel chce jeszcze prowadzić klub, który ma być sportowym hegemonem, czy może coraz bardziej interesuje go po prostu sprawne zarządzanie przedsiębiorstwem piłkarskim?  To zasadnicza różnica.  Raków przez lata był interesujący właśnie dlatego, że nie zachowywał się jak normalny polski klub. Dzisiaj coraz częściej zaczyna zachowywać się dokładnie tak, jak kluby, które jeszcze niedawno próbował wyprzedzić. Bez perspektywy stadionu zaczyna to przypominać bardziej Stal Mielec niż wcześniej wspomnianą Atalantę.  Po wywiadzie z właścicielem Rakowa utwierdziłem się w przekonaniu, że początek tego sezonu nie jest przypadkiem. To efekt systemowego obniżania sobie poprzeczki i powolnego dopalania się stogu siana symbolizującego zapał Świerczewskiego do prowadzenia klubu. Nie wygląda to jeszcze jak moment, w którym ktoś zgasił światło i wyszedł. Bardziej jak sytuacja, w której właściciel coraz rzadziej dokłada drewna do ogniska i sprawdza, jak długo jeszcze będzie się paliło samo.

Kolejną oznaką średniaczenia jest liczba trenerów przewijających się przez klub w ostatnich miesiącach. Rotacja, która dla klubów pokroju Radomiaka może być elementem codzienności, w przypadku Rakowa powinna być czymś egzotycznym. Przez lata jednym z największych atutów Częstochowy była przecież właśnie ciągłość. Raków miał pomysł, człowieka, który ten pomysł realizował, oraz właściciela gotowego konsekwentnie ten projekt finansować.  Dzisiaj trudno mówić o podobnej stabilności.  I tutaj dochodzimy do Marka Papszuna, czyli człowieka, którego brak coraz mocniej zaczyna być widoczny nie tylko w wynikach, ale przede wszystkim w sposobie podejmowania decyzji. Podskórnie czuję, że gdyby w klubie znajdował się Papszun, stanąłby na głowie, ale nie dopuściłby do sprzedaży najlepszego piłkarza już po obozie przygotowawczym, tuż przed meczami o Ligę Konferencji. Nie dlatego, że Papszun miałby magiczną moc blokowania każdego transferu, ale dlatego, że jego pozycja pozwalałaby mu powiedzieć: „nie teraz”.  Kroczek takiej pozycji nie miał.  I być może właśnie to jest największym problemem Rakowa. Klub stracił człowieka, który potrafił stawiać właścicielowi granice. A kiedy trener nie ma pozycji pozwalającej mu powiedzieć „nie”, bardzo szybko przestaje być trenerem budującym projekt, a zaczyna być kolejnym elementem kadry zarządzającej klubem. Można go wymienić, można go zastąpić, można znaleźć następnego. W takim modelu trudno jednak budować coś trwałego.  Sprzedaż najlepszego piłkarza przed rozpoczęciem najważniejszych spotkań sezonu jest natomiast bardzo wymownym sygnałem. Raków przez lata funkcjonował według zasady: najpierw wykorzystujemy sportowo zawodnika, potem go sprzedajemy.

Dzisiaj coraz częściej wygląda to tak, jakby kolejność została odwrócona. Jeśli pojawia się dobra oferta, zawodnik staje się aktywem, a sportowa potrzeba zaczyna być argumentem drugorzędnym. Klub zaczął płacić duże pieniądze za zawodników, którzy niekoniecznie dają jakość na tu i teraz, ale mają potencjał, by za kilka lat stać się wartościowymi aktywami sprzedażowymi. Sam model nie jest oczywiście zły. Wręcz przeciwnie — w odpowiednich rękach może być bardzo skuteczny. Problem polega na tym, że Raków nie jest już klubem, który musi dopiero stworzyć wartość swoich zawodników. To klub, który powinien być zainteresowany przede wszystkim wynikiem sportowym.  Jeżeli zawodnik za milion czy kilka milionów ma być dobry za dwa lata, to pojawia się pytanie, co Raków robi w tym sezonie.  Niestety dla Świerczewskiego jeszcze nie udało się trafić na nowego Crnaca. I właśnie tutaj cały model zaczyna się robić ryzykowny. Crnac pokazał, że Raków może kupić młodego zawodnika, odpowiednio go rozwinąć i sprzedać za wielokrotność zainwestowanych pieniędzy. Problem w tym, że sukces jednego transferu nie jest jeszcze modelem biznesowym. Żeby nim został, trzeba takich Crnaców znajdować regularnie.  Na razie piłkarze pokroju Mirčeticia wydają się raczej potwierdzać miejsce, w którym obecnie znajduje się Raków. Klub chce być sprytny, chce być nowoczesny, chce kupować potencjał i sprzedawać go z zyskiem, ale jednocześnie coraz bardziej brakuje mu zawodników, którzy robią różnicę natychmiast. A piłka nożna ma tę irytującą właściwość, że tabeli nie interesuje potencjalna wartość zawodnika za trzy lata.  Liczy się to, co zrobi dzisiaj.  I właśnie dlatego Raków zaczyna przypominać klub stojący na rozdrożu. Z jednej strony nadal ma pieniądze, rozpoznawalność, europejskie doświadczenie i markę zbudowaną przez kilka znakomitych sezonów. Z drugiej — coraz mniej jest elementów, które sprawiały, że kilka lat temu patrzyliśmy na niego jak na projekt wyjątkowy.  Nie ma Papszuna. Nie ma tej samej przewagi finansowej. Nie ma stadionu. Nie ma stabilności na ławce. Nie ma już również przekonania, że każdy kolejny sezon będzie oznaczał wejście na jeszcze wyższy poziom.  Został Świerczewski i pytanie, czy może coraz bardziej interesuje go już tylko to, żeby rachunek na końcu się zgadzał.  Bo Raków przez ostatnie lata miał jedną wyjątkową cechę: zawsze chciał więcej.  Dzisiaj coraz częściej wygląda, jakby chciał po prostu nie mieć mniej co nie jest dobrym modelem biznesowym. Zwłaszcza dla klubu, który jeszcze niedawno miał ambicję zostać polską Atalantą, a dziś przy odrobinie pecha może skończyć jako bardzo dobrze zarządzany średniak.  I chyba właśnie to jest największym paradoksem obecnego Rakowa. Klub, który przez kilka lat udowadniał, że nie musi godzić się na miejsce wyznaczone mu  przez polską hierarchię, powoli sam zaczyna się w tej hierarchii urządzać i to nawet nie na jej czele.

Adam Żemła

CZESTOCHOWA, POLAND – 2026/08/27: Isak Brusberg of Rakow Czestochowa seen during the second leg of the UEFA Conference League 2026/2027 match between Rakow Czestochowa and Hajduk Split at Municipal Stadium (Czestochowa). HNK Hajduk Split defeated Raków Czstochowa 32 after extra time, winning 54 on aggregate in the second leg of the UEFA Conference League play-offs to advance to the main stage. (Photo by Grzegorz Wajda/SOPA Images/LightRocket via Getty Images)

 

czytaj dalej...

udostępnij na:

REKLAMA

najnowsze