Afera koszulkowa, czyli pamiętne wpadki z piłkarskimi trykotami

Koszulki piłkarskie to już od dłuższego czasu wielki rynek. Dzieciaki marzą o posiadaniu własnego zestawu meczowego z nazwiskiem ulubionego piłkarza na plecach, ale i starsi fani nie mogą się oprzeć przed zakupem własnego kawałka materiału w barwach ukochanego klubu. Piłkarskie trykoty są w zasadzie częścią futbolowej popkultury, bogatą w przeróżne ciekawe i zabawne historie. Rozerwane koszulki czy błędnie nadrukowane nazwiska to już standard. My przyjrzymy się dzisiaj absurdalnym wręcz wpadkom, które zapadły w pamięć bardziej, niż mecze, w których miały miejsce.  

Zaszyte koszulki Legii 

Zaczynamy od niedorzecznej i zarazem komicznej historii, która wydaje się wręcz nierealna. Wyobraźcie sobie taką sytuację: mecz polskiego zespołu w europejskich pucharach i walka o awans do półfinału rozgrywek. Na murawę piłkarze wybiegają bez swojego klasycznego herbu na piersi, a z nieco zmodyfikowanym przez producenta strojów. Ponadto, resztę turnieju zawodnicy musieli rozgrywać z dużymi, materiałowymi kwadratami na koszulkach.  

Fot. twitter.com/legiawarszawa

Taka sytuacja wydarzyła się w 1991 r., gdy Legia Warszawa występowała w 30. edycji Pucharu Zdobywców Pucharów. Po reformie ustrojowej w 1989 r. wojsko przestało wspierać swoje kluby i warszawski zespół znalazł się w dużym kryzysie. Problem ten objął również kwestię sprzętu dla piłkarzy. Jak podaje portal legia.info.pl, Legia w pierwszych meczach turnieju wystąpiła jeszcze w starych kompletach meczowych, lecz w związku z dobrymi wynikami zespołu i dalszą grą w pucharach zadecydowano o zakupie nowych strojów. „Piłkarze Legii w spotkaniach ze Szkotami (Aberdeen FC – przyp. red.) wystąpili jeszcze w wysłużonych strojach firmy Adidas, ale mając w perspektywie kolejne mecze w Europie postanowiono, że Wojskowym należy sprawić nowe komplety. Nie ma co ukrywać – Legia w tamtym czasie szła jak burza i nie dawała szans swym rywalom. Ekipa Władysława Stachurskiego na początku bezproblemowo poradziła sobie z luksemburskim Swift Hesperange, pokonując przeciwników aż 6:0 w dwumeczu, a następnie w 1/8 finału, skromnie wygrali 1:0 z Aberdeen. Takie wyniki mogły przyciągnąć uwagę wielu biznesmenów, którzy widzieli swoje interesy związane z wejściem do klubu. I tak też się stało. Znana postać w polskim futbolu – Andrzej Grajewski – postanowił sprawić legionistom nowe stroje i w tym celu udał się razem z ówczesnym menadżerem drużyny Stanisławem Terleckim do Włoch, aby podpisać kontrakt z firmą Lotto. W tym momencie trzymajcie się mocno, bo właśnie zaczyna się kluczowa część tej historii. Moglibyśmy stwierdzić, że Legia w kryzysie, otrzymująca darmowe stroje od Lotto to duży sukces. Trzeba jednak zaznaczyć, iż sprzęt otrzymany od włoskiej firmy, delikatnie mówiąc, nie był dobrej jakości, ale jak głosi powiedzenie „darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda”, więc można to potraktować jako sprawę drugorzędną. Sam fakt, w jaki sposób koszulki zostały przywiezione do Polski jest dość zabawny i może wywołać uśmiech na waszych twarzach, albowiem Stanisław Terlecki bez ważnego paszportu musiał pokonywać granicę w ukryciu, chowając się w bagażniku samochodu pod nowym sprzętem. Pisałem o słabej jakości strojów, ale oprócz kiepskiego stanu technicznego, dochodzi do tego jeden ważny szkopuł – na koszulkach zamiast znanej wszystkim czarnej „elki”, znajdowało się kompletnie co innego. W trakcie dogadywania szczegółów firmie Lotto na wzór tego, jak powinna wyglądać litera „L” w kółeczku, przekazano proporczyk, na którym znajdował się herb Legii. Włosi widocznie czegoś nie zrozumieli i zamiast nanieść na koszulki sam symbol „elki”, odwzorowali cały trójkątny proporczyk… (kurtyna). 

Fot. Legia.com

Ale to nie koniec problemów koszulkami legionistów z tamtego spotkania. Dochodzi tutaj sprawa wspomnianego wcześniej Andrzeja Grajewskiego, który w tamtym czasie pracował dla znanej firmy Müllermilch. Postanowił on umieścić logotyp tej marki na nowych trykotach drużyny, ale niestety trochę spóźnił się z powiadomieniem o swoim pomyśle władz UEFADuże reklamy już wcześniej zostały umieszczone na koszulkach, a zgody brak, więc żeby jakoś uratować całą sytuację, trzeba było pobudzić kreatywność. Aby Legia mogła przystąpić do 1/4 finału z Sampdorią, postanowiono zaszyć logo Müllermilcha dużymi, białymi kawałkami płótna. Mimo że stroje warszawskiej drużyny nie wyglądały zbyt estetycznie, to „białe ekrany” i proporczyk zamiast herbu zdecydowanie przeszły do historii polskich klubów w europejskich pucharach. Legioniści w dwumeczu pokonali Sampdorię i w strojach z zaszytą reklamą wystąpili również w półfinale z Manchesterem United, gdzie niestety ponieśli porażkę. Na otarcie łez można tylko zaznaczyć, że „Czerwone Diabły” w tamtej edycji turnieju zdobyły puchar, wygrywając w finale z FC Barceloną. 

Wenezuelski fake 

Każda reprezentacja narodowa związana jest z jakimś producentem strojów. Niemcy praktycznie od zawsze kojarzeni są z Adidasem, Włochów od wielu lat widujemy z Pumą, a Polacy obecnie po boisku biegają w zestawach od Nike’a. Wszystkie takie marki co sezon muszą zaskoczyć swego klienta oraz fanów, wymyślając coraz to bardziej kreatywne wzory na koszulkach. Firma o nazwie Givova zdecydowanie sprawiła nie lada niespodziankę reprezentacji Wenezueli, serwując jej nieudolnie podrobione stroje za 10 euro. Ale od początku. W marcu 2019 r. wenezuelska kadra poleciała do Hiszpanii w celu rozegrania paru spotkań towarzyskich. Pierwsze z nich odbyło się w Madrycie, gdzie zespół „La Vinotinto” zaskakująco pokonał reprezentację Argentyny 3-1. Cała afera rozegrała się kilka dni później, dokładnie 25 marca, gdy Wenezuela przystępowała do równie ciekawego meczu przeciwko reprezentacji Katalonii. Tym razem na murawie tak dobrze nie poszło i Wenezuelczycy przegrali 2:1, a jedną z bramek dla Katalonii strzelił Bojan Krkić – niegdyś wschodząca gwiazda FC Barcelony. Przejdźmy jednak do samych koszulek. Jakimś cudem producent zestawów meczowych zapomniał przygotować kompletów na to spotkanie, a o brakującym zamówieniu przedstawiciele Givovy mieli dowiedzieć się 48 godzin przed pierwszym gwizdkiem. Ale spokojnie, dla chcącego nic trudnego, prawda? Ktoś za to odpowiedzialny musiał być bardzo zdesperowany, gdyż zamiast załatwić nowe stroje swojej firmy, udał się do Decathlonu i zakupił najtańsze bordowe koszulki za ok. 40 złotych (tak, to ten sam sklep gdzie kupujemy rowery i namioty). Aby nikt nie zauważył absurdalnego falsyfikatu, naszyto na te stroje logo Givovy, a żeby zasłonić faktycznego producenta marketowych koszulek – markę Quechuanaprasowano na jej logotyp herb związku piłkarskiego Wenezueli… 

 

Fot. Marca.com

 

Cytując klasyka z pewnej kreskówki „wszystko by się udało gdyby nie te wścibskie dzieciaki!”. Z oddali faktycznie stroje wyglądały wiarygodnie i mały przekręt prawie się udał, ale gdy piłkarze zdali sobie sprawę z tego co się właśnie wydarzyło, w mediach wybuchła wielka afera. Kapitan kadry narodowej – Tomas Rincon, grający obecnie w Torino, odniósł się do całej sytuacji wpisem w social mediach, gdzie stanowczo wymagał maksymalnego szacunku do wenezuelskiej koszulki oraz członków reprezentacji i wyraził swoje oburzenie całą sytuacją. Podobne zdanie na ten temat wygłosił inny znany wenezuelski piłkarz – Salomon Rondon, który na Twittera w ramach protestu wstawił zdjęcie przekreślonego napisu „Givova„. Ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach, a Wenezuela wciąż występuje w sprzęcie od Givovy (albo z Decathlonu, kto wie?). 

Skomplikowany ten Red Bull 

Od 2005 r. austriacki koncern produkujący napoje energetyczne wykupuje kluby na całym świecie i zmienia wszystko tak, aby klub jednoznacznie kojarzył się z marką. Nazwa klubu, herb, stroje czy stadiony w każdym z takich przypadków zawierają słowo Red Bull i dwa duże, czerwone byki. Jest New York Red Bulls, RB Lipsk*, RB Brasil czy RB Salzburg. Były też plany na zbudowanie klubu w Ghanie, ale projekt szybko upadł 

*Klub z Lipska robi wyjątek, ponieważ jego pełna nazwa to „RasenBallsport Leipzig”, ale to zupełnie inna historia, a skrót „RB” się zgadza. 

Wszyscy raczej wiemy, jak taki rebranding klubu wygląda w praktyce. Herby zespołów ze stajni Red Bulla różnią się tylko detalami, więc wbrew pozorom nietrudno o pomyłkę. Jak się pewnie domyślacie, coś takiego się zdarzyło w oficjalnym meczu europejskich rozgrywek. Historia dość krótka bez zaskakującej puenty, ale myślę, że ciekawa do opowiedzenia. Opisana sytuacja miała miejsce 12 lipca 2016 r., gdy RB Salzburg w eliminacjach do Ligi Mistrzów mierzył się z łotewskim FK Lipawa. Fani Premier League chcieliby powiedzieć, że był to deszczowy wieczór w Stoke, ale tym razem trafiło na piękny, austriacki Salzburg, gdzie gospodarze awansowali do III rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Szczęśliwcem, który założył koszulkę innego klubu był lewy obrońca – Andreas Ulmer, który, co ciekawe, na drużynowym zdjęciu i przez całą pierwszą połowę nosił trykot z dobrym herbem. Jak więc do tego doszło? Nie bez przyczyny wspomniałem o warunkach pogodowych tamtego dnia, gdyż miały one spory wpływ na zaistniałą wpadkę. W trakcie pierwszej połowy na Red Bull Arena zaczął padać deszcz i najwidoczniej wspomniany Ulmer podczas przerwy zdecydował się zamienić przemoczoną koszulkę na nowy zestaw. Na drugą część spotkania wybiegł jednak z herbem innego klubu! Tym klubem było RB Lipsk, którego emblemat jest niemalże identyczny jak ten, z którym na piersi biega RB Salzburg. Sam piłkarz zorientował się, że gra w niewłaściwej koszulce i w trakcie pomeczowych wywiadów zasłaniał ręką herb niemieckiego klubu. Przypuszcza się, że ta drobna pomyłka zaszła na etapie produkcji strojów i ich przekazania do klubu, i ktoś w Nike’u po prostu nie zauważył, że nazwisko Andreasa Ulmera zostało nadrukowane na złej koszulce. 

Gołym okiem widać napis “RB Leipzig” na koszulce piłkarza RB Salzburg. Fot. footyheadlines.com

Flagi? Do wyboru, do koloru! 

Tutaj kolejny raz pojawia się wątek reprezentacji. Producent robiący stroje dla kadry danego kraju chce zawrzeć w nich rozpoznawalne symbole narodowe klienta – normalna sytuacja. Problem w tymże projektanci nie odrobili lekcji geografii lub po prostu nie chciało im się sprawdzić, czy wszystko z tymi symbolami jest ok. Afera, o której zaraz powiem dotyczy flag narodowych, a dokładniej kolorów. W tej kwestii producenci koszulek musieli jednak wywiesić białą flagę… (tak, musiałem gdzieś zmieścić tę grę słów). 

W listopadzie 2019 r. Adidas akurat wypuszczał kilka wzorów nowych, odświeżonych koszulek dla swoich reprezentacji, m.in. dla niemieckiej czy rosyjskiej kadry. Projektanci tejże firmy wpadli na pomysł, aby na rękawach umieścić flagi narodowe krajów, dla których wykonują zamówienie i trzeba przyznać, pomysł zacny. Koszulki reprezentacji Niemiec na prawdę mogą się podobać, a Rosji? Niezupełnie, przynajmniej dla Rosjan, którzy zobaczywszy swoje nowe stroje byli lekko zniesmaczeni, dlaczego? Powód jest prosty. Flaga Federacji Rosyjskiej została naszyta odwrotnie. Dosłownie Adidas umieścił na koszulkach flagę naszego sąsiada odwróconą do góry nogami, przez co zamiast Rosji, wyszła flaga ułożeniem barw podobna do… serbskiej. 

Fot. Adidas

Rosyjski Związek Piłki Nożnej od razu wypuścił do mediów informację, że kadra nie wystąpi w pomylonych koszulkach w najbliższych meczach eliminacji do EURO 2020 i tu się w zasadzie cała sprawa kończy. Adidas po całym zamieszaniu wydał oświadczenie, w którym mówi, że odwrócona flaga nie była pomyłką, przewidzianym ruchem.  

„Rosyjska flaga została odwrócona, ponieważ piłkarze oraz kibice w trakcie świętowania zdobytej bramki wznoszą swe ręce w górę. Chcieliśmy pokazać, że flaga Rosji prezentuje się dobrze w momentach zwycięstwa”. 

Tak brzmi oficjalne stanowisko przedstawicieli Adidasa w Moskwie i rzeczywiście wytłumaczenie całkiem sensowne. Będąc ubranym w tę koszulkę, gdy podniesie się ręce, faktycznie serbskie barwy zamieniają się na flagę Rosji. Nasuwa się więc pytanie, dlaczego takiego rozwiązania nie wykorzystano na przykład w koszulkach reprezentacji Niemiec, gdzie flaga jest eksponowana w odpowiedni sposób? Wymówka czy nie, oceńcie sami. Zakończyło się tak, że Rosja swoje następne mecze rozegrała w starym komplecie. 

Tu dla porównania koszulka Niemiec, z prawidłową flagą. Fot. Adidas

czytaj dalej...

udostępnij na:

REKLAMA

najnowsze