W piątek Hiszpania rozegra swój pierwszy mecz na tegorocznym mundialu. Rywal arcytrudny – odwieczny przeciwnik i aktualny mistrz Europy, Portugalia, więc wypadałoby być dobrze przygotowanym i skoncentrowanym. Hiszpańska federacja podjęła decyzję, patrząc tylko na argumenty czysto warsztatowe, kompletnie nielogiczną. Rezygnuje z trenera, na którego tak chętnie postawiła. Rezygnuje z trenera, który odmłodził kadrę, odświeżył, poprawił jakość jej gry i dawał nadzieje na dobry wynik na turnieju. Jednak jeśli zauważymy drugie dno sytuacji, to nie da się tutaj nikogo bronić.

We wtorek Real Madryt ogłosił nazwisko Lopeteguiego jako nowego trenera. Przejęcie schedy po erze Zinedine’a Zidane’a wcale nie będzie łatwe. Po Vicente Del Bosque w drużynie „La Furia Roja” też miało nie być lekko, a tu proszę – nie przegrał żadnego z 20 meczów (14 zwycięstw i 6 remisów). Dlatego patrząc na wyniki jego zespołu, nie da się wytłumaczyć racjonalnie decyzji prezesa federacji Luisa Rubialesa. Jednak warto wrócić do kwestii zatrudnienia na Estadio Santiago Bernabeu, bowiem ona tutaj odgrywa bardzo kluczową rolę.

Włodarzom „Królewskich” bardzo trudno byłoby uchować fakt zatrudnienia nowego szkoleniowca przez całe mistrzostwa świata, więc wyciekło to do sieci i mediów niemalże z miejsca. Wśród niemalże wszystkich sympatyków futbolu pojawiło się ogromne poruszenie. Padały też pytania, jak to wpłynie na postawę Hiszpanów na mundialu, czy to nie wpłynie na ich koncentrację. Rubialesa najwidoczniej to nie obchodzi i bardziej martwi się o swój stołek, dlatego zwalnia nielojalnego współpracownika. Lopetegui przedłużał przecież niedawno kontrakt RFEF do EURO 2020, więc od strony umownej racja stoi po stronie związku, ale tylko po części.

Klauzula odejścia, jaka była wpisana w kontrakcie Julena Lopeteguiego ze związkiem była skandalicznie niska. Wynosiła – uwaga – DWA MILIONY EURO. W dzisiejszej piłce to jest praktycznie jak darmo. Florentino Perez skorzystał z tego zapisu, wytrącając z równowagi federację. Jednak miał do tego prawo – Real był bez trenera, bronił własnych interesów. Klub ze stolicy Hiszpanii dorzucił swoje trzy grosze do całego zamieszania, ale nie można w nim szukać jakiejkolwiek winy.

Piłkarze, na czele z Sergio Ramosem i Andresem Iniestą, nie zdołali nic wskórać. Próbowali przekonać prezesa, żeby odstąpił od swojej decyzji, albo poczekał z nią przynajmniej do końca występów Hiszpanii na rosyjskich boiskach. Rubiales był nieugięty i postawił na swoim.

Hiszpańska federacja powinna zadawać sobie sprawę, że jako selekcjonera ma naprawdę bardzo dobrego trenera, więc prędzej czy później jakiś większy klub będzie chciał się po niego zgłaszać. Możliwe, że wyszli z założenia, że prowadzenie kadry to najlepsza możliwa robota dla trenerów. Lopetegui jednak wolał się nie ograniczać tylko do reprezentacji. Bez wahania przyjął propozycję Realu. W zaistniałej sytuacji trzeba powiedzieć, że zrobił związkowi jedno wielkie świństwo, ale z drugiej strony drzwi do odejścia nie były zamknięte na klucz. „Los Blancos” zostali nagle odźwiernym,wykupując ten kluczyk za wspomniane śmieszne dwa miliony i otworzyli Julenowi bramy federacji na drogę kierującą do siebie.

Z jednej strony skrajna nieodpowiedzialność człowieka, który miał dać znowu topowe wyniki z reprezentacją. Z drugiej skrajna niekompetencja związku, który nie dopilnował wszystkiego jak należy i patrzy tylko na siebie. Tego sporu nie da się rozstrzygnąć na korzyść którejkolwiek ze stron. „La Roja” na czas mistrzostw ma prowadzić Fernando Hierro. Ale można rozważyć jeszcze jedną opcję…

Piłka nożna kilkukrotnie pokazywała, że gwałtowne informacje o nowych pracodawcach czy zwolnieniach selekcjonerów nie muszą wychodzić na złe. Antonio Conte w kwietniu 2016 roku został mianowany nowym trenerem Chelsea. Z reprezentacją Włoch został do końca udziału na EURO, czyli do karnych z Niemcami w ćwierćfinale. W 1970 roku na dwa miesiące przed MŚ w Meksyku brazylijska federacja zwolniła z funkcji selekcjonera João Saldanhę z własnego „widzimisię”. Nikt nie chciał podjąć się tej pracy, dlatego postawiono na Mario Zagallo, który w 1958 i 1962 wygrywał z Brazylią mundial jako piłkarz. W Meksyku „Canarinhos” wygrali wszystkie swoje mecze i ostatecznie zgarnęli trzeci tytuł mistrza świata. Może i taka zadziwiająca historia spotka Hiszpanów, kto wie…

Marcin Borciuch