Jak zapamiętamy reprezentację Brazylii z mundialu 2018? Świat memów i sprymitywizowanego humoru sprowadza mnie do jednego wniosku – Neymar uszkodził wizerunek kadry przez swoją personifikację cierpień młodego Wertera. Przez to koledzy z reprezentacji byli tylko tłem dla piłkarza PSG.

Futbol przestał być fragmentarycznie analizowany przez kibica. Słucha on “mądrych głów”, ogląda mecz, a na koniec żyje w internetowym after party, w którym główną rolę grają śmieszki, memy, gify oraz szydercze komentarze. Nic w tym dziwnego. Biznes się kręci, hajs się zgadza, a sport dla fana to rozrywka. Najbardziej może ucierpieć na tym sam zespół, który jest obiektem drwin.

Wiemy jak to będzie w najbliższych dniach oraz w kolejnych po mundialowym szaleństwie. Na pytanie “jak Twoim zdaniem zagrała Brazylia na Mistrzostwach Świata?” wielu odpowie prześmiewczo “bo Neymar się tarzał po murawie, nawet w czasie odgrywania hymnów”. Wielka szkoda. Poziom dyskusji na temat futbolu upadł do jakości rapowania Tigera-Bonzo.

Nie zrozumcie mnie źle. W ogóle nie jest mi szkoda Neymara i innych symulantów, którzy robią marny teatrzyk zamiast wziąć się do roboty. Zasłużenie lider Brazylii jest najbardziej wyśmiewanym piłkarzem mundialu. Żałuję, że w ten sposób zanika kolektywna ocena gry całej reprezentacji, a moim zdaniem ekipa Titego odpadła z mistrzostw głównie dlatego, że zabrakło jej charakteru, skuteczności i szczęścia.

Zbierzmy do kupy wszystkie pięć meczów Canarinhos. Remis z bardzo dobrze zorganizowaną Szwajcarią, lecz powód utraty punktów ten sam co w przypadku przegranej z Belgią. Ponad dwadzieścia strzałów na bramkę i zaledwie jeden gol. Parady Sommera, heroiczne interwencje ostatniego obrońcy oraz spektakularne pudła. Dalej – zwycięstwo z Kostaryką po męczarniach, lecz znów po wielokrotnych próbach pokonania Keylora Navasa. Wygrana z Serbią za to mogła pokazać, że Brazylijczycy powoli łapią rytm i poprawili skuteczność. Optymizm także nastał po przejściu Meksyku, który również miał bramkarza-cyborga w postaci Guillermo Ochoi. Jednak, jak to się mówi – najważniejsze jest zwycięstwo, a na dodatek trzecie spotkanie “na zero z tyłu”. Żelazna jedenastka Titego w końcu ze stabilną obroną, pomimo problemów ze zdrowiem Marcelo i Danilo. Mam wrażenie, że wszystkie pozytywne opinie runęły po wczorajszej porażce z Belgią.

Zwycięzcy wielkich imprez pokonują po drodze innych potentatów. Brazylia po przebytej drodze przez szwajcarską organizację gry, południowo-amerykańską waleczność, bałkańską zadziorność oraz meksykańskie szaleństwo wpadła do piekła, a więc środowiska naturalnego dla diabłów. Czerwonych Diabłów pod przewodnictwem Lucyfera Roberto Martineza.

Wróćmy teraz do wcześniej wymienionych trzech powodów porażki “Kanarków” z Belgią. Brazylia przegrała przez znacznie słabszy charakter piłkarzy niemogących zdominować gry z równorzędnym przeciwnikiem. Siłę mentalną zniszczył brak skuteczności przy 27-miu (!) strzałach na bramkę. Szczęście nie sprzyjało m.in. przy golu samobójczym Fernandinho. Udział piłkarza Manchesteru City w tym meczu utwierdził dodatkowo kibiców w przekonaniu, że jeśli wyjmie się chociażby jednego piłkarza z żelaznego składu Canarinhos to dzieje się źle. Do najmniejszego poziomu farta w tym meczu przyczynił się kolejny tytan, który stanął na przeciw Brazylijczykom, a więc Thibaut Courtois.

Belgia weszła na boisko, wykorzystała błędy rywala i dotrwała do końca ćwierćfinału. Prosta linia życia w dzisiejszym futbolu. Szczególnie jeśli największe zespoły są perfekcyjne zorganizowane w kolektywie i mają wyróżniających się zawodników robiących różnicę. Wczoraj w Kazaniu starły się ze sobą dwie ekipy z tego samego poziomu. Przegrał ten, który popełnił więcej błędów. Esencja piłki nożnej.

W ramach pocieszenia wyróżnijmy Philippe Coutinho, który, przynajmniej według mnie, powinien znaleźć się w najlepszej jedenastce XXI Mistrzostw Świata. Bardzo dobra gra w kreowaniu akcji, utrudniała życie niejednemu obrońcy i bramkarzowi, do tego zaliczył dwie asysty i strzelił dwa gole. Czuję jednak, że rywalizację będzie miał trudną, patrząc na grę Ivana Rakiticia, Luki Modricia czy Kevina De Bryune.

Krystian Mekka