Małgorzata, Krisu, Ania i Stasiu Rybiccy to polska rodzina, która od roku spełnia swoje marzenie i żegluje po Karaibach. W wywiadzie dla naszej strony mówią o swojej przygodzie: jak długo planowali podróż i jak sfinansowali cały rejs, jak wygląda ich jacht i dzień spędzony na wodzie. Do tego opowiadają o trzymiesięcznym staniu na kotwicy, najurokliwszych miejscach, największych zaskoczeniach, planach na następne lata, a także o kibicowaniu Arce Gdynia za pomocą naszego radia.

Archiwum rodziny Rybickich. Blog http://www.syrybka.pl/

MM: Pamiętacie dzień, w którym podjęliście decyzje o tym, że wypływacie w rejs i wyjeżdżacie z Polski?

KR: Tak, pamiętamy dokładnie. Dla nas ten rejs był głównym planem od kiedy poznaliśmy się z żoną na pokładzie jachtu. Gosia prowadziła wówczas firmę żeglarską, bo z zawodu jest żeglarzem, a ja zapisałem się na rejs, który organizowała. Od początku chodziły nam po głowie takie właśnie plany odnośnie rejsu. Wiadomo, każdy żeglarz chciałby popłynąć w rejs dookoła świata, a z umiejętnościami, wiedzą żony i do tego zapleczem finansowym, dało się zorganizować coś co jest bliskie temu – nie chcieliśmy katować dzieci zbyt częstymi przelotami w trudnych warunkach. Już wcześniej na Morzu Śródziemnym mieliśmy mniejszy jacht, więc wiedzieliśmy już, jak to jest być armatorem jachtu, jakie są tego koszty, jak się na łódce żyje. Nasze dzieci także od początku były oswajane z żeglugą: Stasiu pierwszy raz był na pokładzie mając 6 tygodni, a Ania – 4.

Od początku wiedzieliśmy, że w rejs nie możemy popłynąć, gdy dzieci będą w wieku młodzieżowym, bo wiadomo, że wówczas coraz więcej chcieliby przebywać z rówieśnikami. Pewnego dnia usiedliśmy i stwierdziliśmy, że albo te marzenia pozostaną marzeniami, albo chcemy to zrobić i wypływamy. 

MM: Kiedy zaczął się wasz rejs i jak długo go planowaliście?

KR: Można powiedzieć, że planowaliśmy go przez całe nasze życie. Katamaran kupiliśmy rok wcześniej, ale plany robiliśmy od wielu lat. Uzgodniliśmy, że nie będziemy brali żadnych kredytów, że będziemy oszczędzali, że będziemy przygotowywać trasy, przewodniki żeglarskie. Ogólnie całym rejsem zaczęliśmy się interesować kilka ładnych lat wcześniej. Postanowiliśmy, że początek sezonu 2019 (na Karaibach zaczyna się mniej-więcej od początku listopada) będzie odpowiednim terminem, by zacząć naszą przygodę. Później wytrwale trzymaliśmy się planu – tak jak mówiłem – kupiliśmy jacht, a potem odpowiednio go przygotowaliśmy.   

MM: Na co dzień pływacie na katamaranie. Czemu zdecydowaliście się na ten typ jachtu i jaką ma on przewagę nad innymi żaglówkami?

KR: Wszystko zależy od tego gdzie się danym jachtem chce płynąć. Na katamaranach mieszka się dużo wygodniej, a cały jego pokład – w porównaniu do żaglówki jednokadłubowej – jest nad wodą. Szczególnie to, co sprawdza się na tutejszych wodach, to fakt, że “nie buja” podczas stania na kotwicy. Trzeba pamiętać, że jednak z pośród całego rejsu to żeglowania jest może 25% czasu, a reszta to postój na kotwicy. Sprawdza się to tym bardziej wtedy, gdy na kotwicowiska wchodzi fala oceaniczna – jacht jednokadłubowy potrafi się wówczas bujać od 45 stopni w jedną stronę do 45 stopni w drugą. Oprócz tego w kokpicie mamy sześć razy więcej miejsca niż w porównywanym jachcie. Jest bezpieczniej dla dzieci, a na zewnątrz jest o wiele prościej, by umieścić panele słoneczne co pozwala nam być niezależnym od innych źródeł energii. 

Katamaranem ogólnie łatwiej pływa się na Karaibach, gdzie żegluje się raczej z wiatrem czy półwiatrem. Negatywną stroną dwukadłubowca jest to, że nie pływa on ostro na wiatr – dużo efektywniej i efektowniej pływa się jachtem jednokadłubowym.

 MM: Jak wygląda wasz jacht od środka? Ile macie przestrzeni?

KR: W przedniej i tylnej części każdego kadłuba znajduję się kabina, a więc w całym jachcie są cztery. W każdej z nich jest łazienka, pomiędzy kadłubami znajduję się mesa i kambuz czyli kuchnia okrętowa tudzież przedział nawigacyjny. Na końcu każdego kadłuba znajdują się silniki, a przy jednym z nich mamy zamontowany dodatkowy generator na ropę naftową, a przy drugim odsalarkę do wody dzięki czemu jesteśmy niezależni i mamy nieograniczoną ilość wody. Z tyłu jest kokpit, na końcu którego jest stelaż do paneli słonecznych, ponton i grill.

MM: Na swoim pokładzie macie ponton, kajak, grill, narty wodne, stroje do nurkowania i wiele innych gadżetów. Jak dążyliście do tego, by móc sfinansować trzy lata rejsu? [plany na powrót: koniec wakacji 2022]

KR: Po pierwsze: trzeba było trzymać dyscyplinę finansową – to jest podstawa. Oprócz tego mieliśmy nieruchomości, które zostały sprzedane na potrzeby rejsu – tak samo samochody. Kupiliśmy nieduże mieszkanko, by nie generować większych kosztów, a wszystko w co zainwestowaliśmy było kupowane z myślą, że na czas rejsu zostanie sprzedane.

MM: Ile kosztował wasz jacht?

KR: Nasz jacht kosztował około 230 000 tysięcy dolarów. Do tego wydaliśmy dużo na remont, by katamaran przystosować do charakteru naszego rejsu. Naszym założeniem było popłynięcie na Pacyfik, a teraz powinniśmy być na Polinezji francuskiej i to było głównym założeniem naszego rejsu. Niestety na oceanie trzeba być w 100% samowystarczalnym i dużo wydaliśmy na remont jachtu. Natomiast przez koronawirusa i całą tą sytuacje nie byliśmy w stanie tam popłynąć i raczej się na to nie zanosi, więc można powiedzieć, że trochę bezsensownie wydaliśmy pieniądze.

MM: A w co trzeba zainwestować, by być w 100% samowystarczalnym na jachcie?

KR: Po pierwsze – trzeba mieć swoją wodę (odsalarka), po drugie – trzeba mieć swój prąd (panele fotowoltaiczne), po trzecie – trzeba mieć wszystkie urządzenia, które monitorują działania wcześniej wspomnianych, także ładowania, akumulatory. Do wszystkich tych urządzeń musimy mieć części zamienne. Dobre radio pośrednio-falowe (długodystansowe). Żagle zapasowe, a także na każdą pogodę. Dodatkowo my dysponujemy nowym żaglem, który jest krzyżówką spinakera z paralotnią o nazwie parasailor, który idealnie pracuje przy słabszym wietrze. Także ponton, który jest naszym samochodem, gdyż tu, gdzie nie ma żadnych marin, jest on bardzo potrzebny.

MM: Czyli rozumiem, że zrezygnowaliście z planów popłynięcia na Pacyfik?

KR: Bardzo byśmy chcieli, bo tak naprawdę wszystko się zaczęło od planu popłynięcia dokoła świata, ale nie chcieliśmy robić tego naszym dzieciom i przełożyliśmy to do emerytury [śmiech]. Potem chcieliśmy popłynąć na ocean Atlantycki, na którym już zresztą byliśmy – jest tam pięknie – ale stamtąd ciężko jest wrócić na Karaiby, by sprzedać jacht. Natomiast my, po naszym rejsie, musimy wrócić do Polski. Ja, wracam do pracy we wrześniu 2022 roku i do tego czasu musimy być w Polsce i wcześniej sprzedać gdzieś ten jacht. Na świecie jest kilka miejsc gdzie taki katamaran ma rację bytu. Są to głównie Karaiby, gdzie katamarany się świetnie sprawdzają i są chętnie kupowane, a także Australia i Nowa Zelandia – tam po naszym rejsie chcielibyśmy sprzedać jacht. Niestety te dwa kraje są całkowicie zamknięte – nawet nie wpuszczają nikogo na sezon cyklonów – a nikt nie wie, ile to jeszcze potrwa. To sprawia, że nie chcemy ryzykować.

Poza tym na oceanie spokojnym też jest wiele wysp zamkniętych dla przyjezdnych, a te otwarte mają straszne obostrzenia. Do tego mieszkańcy wysepek, na których żyje czasem parędziesiąt osób, są bardzo źli, bo według nich żaden wirus nie pojawiłby się na wyspie gdyby nie żeglarze. Często słyszymy historie o takich właśnie lokalesach, którzy wyładowują swoją złość na jachtach odcinając kotwice czy podtapiając jachty, więc stwierdziliśmy, że nie będziemy tam płynąć. 

MM: Jak radziliście sobie podczas lockdownu? 

MR: Podczas koronawirusa utknęliśmy przy brytyjskich Wyspach Dziewiczych w zatoczce White Bay. Z jachtu nie schodziliśmy przez dwa miesiące i wtedy dzieciom rzeczywiście brakowało przede wszystkim rówieśników. Dobrze, że chociaż mogliśmy pływać dookoła jachtu, bo nawet na plaże, która była 20 metrów od nas, nie mogliśmy wejść. Teraz, by trochę tę atmosferę rozluźnić, przypłynęliśmy na Grenadę [wyspa położona na północ od Ameryki Południowej między morzem Karaibskim a Pacyfikiem]. Jesteśmy tu głównie dlatego, bo zmusza nas do tego sezon huraganów, ale także, że jest tu wiele rodzin z dziećmi gdzie nasz syn i córka mogą znaleźć rówieśników.

MM: Rozumiem, że teraz jesteście na Grenadzie i przeczekujecie sezon huraganów?

KR: Dokładnie tak. To jest taki sezon, który zaczyna się w połowie czerwca i kończy się w połowie listopada, a podczas niego na Atlantyku rodzą się huragany. Właśnie one na początku kierują się na zachód, a później w kierunku Stanów Zjednoczonych – na północ. W związku z tym zdarza się tak, że zahaczają o wyspy karaibskie, szczególnie te na północy, ale tu – na południu – też się zdarzają. Na szczęście Grenada nas przyjęła (oczywiście musieliśmy zrobić testy) i zostaniemy tu przynajmniej jeszcze miesiąc. 

MM: Jakie było najpiękniejsze miejsce, które do tej pory zobaczyliście?

MR: Tutaj na Karaibach jest bardzo duża różnorodność. Każda wyspa jest osobnym państwem, każda jest zupełnie inna – od przepięknych znanych z pocztówek plaż Karaibskich z palmami po mocno zarośnięte, wysokie góry tak jak tu na Grenadzie. 

Grenadą na początku nie byliśmy tak zachwyceni, bo wcześniej tylko przez nią przepływaliśmy – robiliśmy zakupy, odprawy i żeglowaliśmy dalej z ekipami. Teraz, jak jesteśmy tu dłużej, to bardzo nam się tu podoba. Może nie ma tutaj wielu plaży, ale są góry, wodospady, wiele miejsc do chodzenia. Zupełnie innym miejscem – z plażami, palmami, rafą koralową – jest Barbuda. Jest tam cicho, wciąż mało ludzi ją odwiedza, a co najważniejsze – są piękne plaże, woda, rafy koralowe i palmy. Również bardzo lubimy przypływać na Dominikę, na której – tak jak już na większości wysp – mamy lokalnych znajomych. 

KR: Z takich ciekawostek: niedaleko nas na wyspie Saint Vincent czyli tam, gdzie kręcili pierwszy odcinek “Piratów z Karaibów” jest taki człowiek, którego wszyscy nazywają “Antek”. Jest to fan Polski i polskości, urodzony na tej wyspie, a teraz ma tam swoją małą knajpkę pięknie pomalowaną w biało-czerwone barwy. To jest niesamowite, że przepływa się z bardzo daleka – niektórzy płyną prosto z Europy, czyli po kilku tygodniach rzucają kotwice w zatoce – a tam powiewa polska flaga, z daleka słychać jak “Dżem” gra przez głośniki, a lokales serwuje żołądkową gorzką!

MM: Czego Wam najbardziej brakuje podczas rejsu?

KR: Nie ukrywam, że ja i mój syn tęsknimy za chodzeniem na mecze. Na szczęście RadioGOL ratuje nam tutaj skórę. Kiedy mamy internet siedzimy przy głośniku jak tylko odbywają się wasze relacje – one są super! Bardzo lubimy także multi-relacje. My jesteśmy akurat kibicami Arki Gdynia, więc bardzo się cieszymy, że pierwszą ligę też relacjonujecie.

MR: Kiedy są mecze, chłopaki nakładają koszulki Arki, siadają i słuchają relacji, więc dziękujemy za taką możliwość!

Rodzina Rybickich prowadzi na bieżąco swojego bloga, na którym wszystko dokumentuje. Link TUTAJ

Archiwum rodziny Rybickich. Blog http://www.syrybka.pl/

UDOSTĘPNIJ
Miłosz Michałowski
Piszę przede wszystkim o piłce nożnej, czasem formule 1 i tenisie. W wolnym czasie zajmuje się muzyką i uprawiam sport.