W środę odbył się siedemnasty etap tegorocznej edycji wyścigu dookoła Hiszpanii. Najlepiej poradził sobie na nim Kolumbijczyk Rigoberto Uran, który okazał się najlepszy z grona uciekinierów.

Niestety jeszcze przed rozpoczęciem siedemnastej odsłony rywalizacji na tegorocznej Vuelcie dowiedzieliśmy się, że 77. edycja tej imprezy nie będzie już taka sama. Wszystko za sprawą wycofania się z wyścigu Primoza Roglica – drugiego kolarza klasyfikacji generalnej oraz największego konkurenta Remco Evenepoela w walce o wjechanie do Madrytu w czerwonej koszulce. Przyczyną zrezygnowania z dalszej jazdy lidera ekipy Jumbo-Visma były obrażenia odniesione podczas finiszu wtorkowego etapu, w trakcie którego Roglic postanowił zaatakować, znalazł się w małej grupce przed peletonem, a następnie upadł tuż przed metą. Kolarstwo jest oczywiście nieprzewidywalne i teoretycznie wszystko może się stać, lecz w praktyce decyzja reprezentanta Słowenii sprawiła, że skończyły się emocje związane z walką o triumf w całym wyścigu (Primoz był ostatnio na fali wznoszącej i znajdował się w lepszej dyspozycji niż Remco na ostatnich etapach).

Sympatycy kolarstwa zaczęli więc oglądanie relacji z siedemnastego etapu w lekkim przygnębieniu oraz z towarzyszącym smutkiem. Mimo wszystko w środę zapowiadało się świetne ściganie, bowiem na peleton czekał 162-kilometriwy odcinek z Araceny do Monasterio de Tentudia. O zwycięstwie etapowym miła natomiast zadecydować finałowa wspinaczka, która liczyła 10 kilometrów, lecz nie należała do najtrudniejszych przepraw podczas tegorocznej Vuelty (średnie nachylenie wyniosło 5%). Podjazd w końcówce faworyzował tego dnia ucieczkę.

Odjazd dnia utworzyło trzynastu kolarzy, którzy nie stanowili realnego zagrożenia dla lidera wyścigu. Peleton postanowił więc odpuścić harcowników i ich przewaga w szczytowym momencie wyniosła ponad siedem minut. To oznaczało tylko jedno – zwycięzcą siedemnastego etapu zostanie ktoś z liderującej grupy. Po całym dniu spędzonym na jeździe po pofałdowanym terenie czołówka zaczęła zbliżać się do kluczowego momentu, czyli finałowego podjazdu.

Jeszcze przed rozpoczęciem wspinaczki na atak zdecydował się Lawson Craddock. Akcja Amerykanian rozpoczęta na około 18 kilometrów przed metą przyniosła korzyść w postaci kilkunastu sekund przewagi nad pościgiem. Jeszcze 6 kilometrów przed końcem różnica pomiędzy kolarzem Team BikeExchange a grupką w której pozostali Champoussin, Uran, Pacher, Elissonde, Herrada oraz Soler wynosiła pół minuty. Od tamtego momentu po zawodniku zza oceanu było zmęczenie i jego przewaga malała w ochach, a zwycięstwo wydawało się coraz mniej możliwe. Około 2 kilometry przed metą z grupy pościgowej ruszył Soler. Jego akcję natychmiastowo skontrowali Uran oraz Herrada, którzy najpierw wyprzedzili reprezentanta Hiszpanii, a później dojechali do pedałującego z coraz mniejszym zapasem sił Amerykanina. Jeszcze przed rozpoczęciem ostatniego kilometra dołączyli do nich Champoussin i Soler.

Ataki po zwycięstwo etapowe rozpoczęły się już na 800 metrów przed końcem. Jako pierwszy ruszył Francuz, lecz jego szarża nie przyniosła efektu. Kluczowe okazało się przyśpieszenie Jesusa Herrady, za którym ruszył Uran, który wyprzedził reprezentanta gospodarzy mającego już na swoim koncie triumf w tegorocznej Vuelcie i popędził po etapowe zwycięstwo. Dla Kolumbijczyka środowe osiągnięcie było szczególne – kolarz EF Education-EasyPost może się poszczycić wygraną na każdym z trzech wielkich tourów.

W grupie lidera tego dnia działo się niewiele. Sztuka zmniejszenia swojej straty do Remco Evenepoela udała się tylko Joao Almeidzie, który zaatakował na finałowym podjeździe. Belg pozostał tym samym liderem wyścigu.

UDOSTĘPNIJ
Jarosław Truchan
Sympatyk sportów wszelakich, ale przede wszystkim tenisa, kolarstwa i biathlonu. Służbowo zawsze obiektywny, prywatnie ogromny fan Rogera Federera, Ronniego O'Sullivana oraz Realu Madryt.