Kilka dni temu drogi Bayernu oraz Niko Kovaca rozeszły się. Wielu twierdziło, że takiego obrotu spraw można było uniknąć, nie popełniając jednego, prostego błędu – zatrudnienia go. Władze klubu muszą jednak patrzyć w przyszłość i obrać kurs na dobro Mistrza Niemiec. Pochylmy się zatem nad tym, co w wydarzyło się w siedzibie Bawarczyków po rozstaniu z dotychczasowym trenerem. Kogo panowie Hoeness i Rummenigge rozpatrywali w ramach zastępstwa i jaki scenariusz jest obecnie najbardziej prawdopodobny.

Sami sobie piwa nawarzyliście, teraz sami przeżyjecie kaca

Niko Kovac w zasadzie od samego początku swojej pracy w Bayernie nie miał lekko. Wielu uważało, że zatrudniony został jako opcja rezerwowa, nie dostał wsparcia w postaci transferów (po tym jak podpisał kontrakt, ściągnięto do klubu tylko Leona Goretzkę), nie przekonywał stylem gry, którego wszyscy w Monachium żądają i przede wszystkim nie dominował. W lidze w gruncie rzeczy do ostatniej kolejki musiał walczyć o mistrzostwo, do czego fani Bawarczyków nie przywykli, zdobycie Pucharu Niemiec nie przyszło lekko, a w Lidze Mistrzów jego Bayern raczej nie miał konkretniejszych argumentów w dwumeczu z Liverpoolem. Kibice w zasadzie od początku pracy Kovaca w klubie oceniali go dwa razy ostrzej, niż każdego innego szkoleniowca – niczym ze słynnego mema z Gordonem Ramsayem – co zdecydowanie zmniejszało komfort pracy.

Kovaca z mocno chwiejnej konstrukcji zwanej „fotel trenera Bayernu” wiatry miernego stylu, przeciętnych, jak na „czerwone” standardy, wyników oraz krytyki zewsząd nie zrzuciły z dwóch powodów – zdobytego dubletu oraz wielkiego poparcia prezydenta klubu Uliego Hoenessa. To właśnie zasłużony dla Bawarczyków ex-napastnik był zwolennikiem zatrudnienia Chorwata. Jak powszechnie wiadomo – Hoeness nie lubi nie mieć racji, więc za wszelką cenę bronił Kovaca.

Bronił go, gdy przegrywał Klassiker, bronił, gdy odpadał z Ligi Mistrzów, triumfował, gdy wygrywał dublet (co dla fanów Bayernu jest absolutną oczywistością i planem minimum) i do ostatniej chwili unikał słów krytyki w jego kierunku. Gdy Niko Kovac w uwłaczającym wręcz dla Bayernu stylu przegrał z Hoffenheim oraz stracił punkty z Augsburgiem, Hoeness powiedział tylko: liczy się to co w tabeli”.

Miarka przebrała się jednak po starciu z Eintrachtem. Niko Kovac wystawił w tym meczu dość kontrowersyjny skład, w środku obrony upychając Davida Alabę, a na lewym boku defensywy niedoświadczonego Daviesa. Wszystko po to, by usilnie stawiać na Kimmicha, przeżywającego życiową formę na prawej obronie w ostatnich sezonach, w środku pola.

Z meczu szybko wypisał się Boateng, bo już w 9. minucie obejrzał czerwoną kartkę i postawił Bayern w fatalnej sytuacji – z Thiago na pozycji numer 6, Coutinho próbującym łączyć rolę „dziesiątki” ze wsparciem Hiszpana, odciętym od podań Lewandowskim i w zasadzie bezużytecznymi Mullerem i Gnabrym. Niko Kovac nie podjął próby ożywienia zespołu. Pierwszą zmianę przeprowadził dopiero w 57. minucie przy stanie 3:1 dla Orłów, ale wprowadzenie Comana za Coutinho nie zmieniło niczego – Eintracht wciąż miał miażdżąca przewagę w środku pola. Po stracie czwartej bramki chorwacki trener wprowadził na boisko Martineza, co umożliwiło zagęszczenie linii pomocy (Kimmich wrócił z prawej obrony, gdzie wskoczył wskutek zejścia Boatenga) i dało Bayernowi dojść jakkolwiek do głosu (chociaż w tej sytuacji to raczej do nieśmiałego szeptania pod nosem). Mecz ostatecznie skończył się wynikiem 5:1.

Hoeness i Rummenigge musieli w końcu wyciągnąć konsekwencje. Początkowo postanowiono dać Kovacowi jeszcze dwa mecze na rehabilitację, ale decyzja została dość gwałtownie zmieniona. Żegnamy się już teraz. Na koniec swojego Oktoberfestu Kovac musiał pić nietradycyjne piwa z wyjątkowo wysoką goryczką.

Chorwat w zasadzie od początku swojej pracy w Monachium nie był w stu procentach przekonujący. Widzieli to nie tylko kibice, ale także zarząd klubu, który jednak nie był w tej kwestii zgodny – Rummenigge, według przecieków prasowych, był przeciwny Kovacowi, a Hoeness walczył o niego do końca. Cóż, na koniec Oktoberfestu tej dwójce z kolei pozostał tylko kac.

Rozwiązanie problemu rodzi kolejne

Nie ma wątpliwości co do tego, że Kovac zleconej mu misji nie podołał. Rozważyć można jedynie, czy zeszłotygodniowy wyrok nie powinien zostać wykonany dużo wcześniej. Fakty są jednak takie, że Bayern wkraczający w najważniejszą fazę sezonu nie ma trenera, planu, a także, bądź co bądź, formy. Co zatem postanowił w tej sytuacji począć duet HoenessRummenigge?

Pieczę nad drużyną powierzyli Hansowi-Dieterowi Flickowi. 54-latek do tej pory był asystentem Niko Kovaca. Posiada jednak spore doświadczenie i to nie tylko trenerskie. W przeszłości pracował jako dyrektor sportowy w kadrze Niemiec oraz Hoffenheim. Był także drugim trenerem w drużynie narodowej oraz wspomagał Giovanniego Trapattoniego w Salzburgu. Samemu prowadził jedynie FC Bammental (od 1996 do 2000 roku) oraz Hoffenheim, z którym wywalczył awans do trzeciej ligi.

Flick miał początkowo prowadzić Bayern tylko w dwóch meczach – rozegranym już spotkaniu z Olimpiacosem (2:0 Lewandowski, Perisić) oraz w starciu z Borussią Dortmund. Później zarząd klubu planował znaleźć inne rozwiązanie. W grę wchodzili: Rangnick, Wenger, Tuchel, Ten Hag, Allegri, a wielu kibiców liczyło także na Jose Mourinho.

Dwie ostatnie spośród wymienionych kandydatur zostały prędko ucięte. W klubie nawet nie rozważano zatrudnienia ich – Portugalczyk miał temperamentem nie pasować do Bawarczyków, a były szkoleniowiec Juventusu nie zna języka niemieckiego. Ponadto obaj trenerzy preferują mocno defensywny styl gry, co nie idzie w parze z wizją widowiskowej gry, którą wszyscy z Bayernem uwielbiają.

Pozostali kandydaci nie pozostali bierni wobec zainteresowania ich osobami mistrza Niemiec. Ten Hag oraz Tuchel prędko oświadczyli publicznie, że skupieni są na pracy kolejno w Ajaxie oraz PSG i nie biorą pod uwagę odejścia z klubu w trakcie sezonu – tematy zapewne powrócą wraz z końcem rozgrywek w czerwcu. Ralf Rangnick natomiast za pośrednictwem swoich przedstawicieli stwierdził, że nie gwarantuje tego, czego Bayern oczekuje, więc nie jest zainteresowany pracą w Monachium. Za tym kurtuazyjnym stwierdzeniem może kryć się fakt, iż obecny koordynator międzynarodowy futbolowej stajni Red Bulla nie dostosowałby się do specyfiki trenowania w Bayernie, która zmusza do bezwzględnego podporządkowania się „górze”.  

Pozostał zatem Wenger, który wprost powiedział, że w Bayernie chce pracować. Akceptował także zatrudnienie tylko do końca sezonu. Nie chciał nawet własnego sztabu szkoleniowego, satysfakcjonowała go praca z Flickiem jako asystentem. Wydawało się, że taki układ będzie idealny: doświadczony trener, który zapewni w klubie stabilizację (sprawdzony manewr z Heynckesem) i stworzy grunt pod pracę Ten Haga lub Tuchela. I wszystko było by w porządku, gdyby nie fakt, że… władze Bayernu się rozmyśliły. Za pośrednictwem „Bilda” stwierdziły, że legendarny szkoleniowiec Arsenalu nie jest brany pod uwagę w kontekście zatrudnienia.

Zatem?

Najbardziej realnym scenariuszem jest w tym momencie pozostanie Flicka na stanowisku do końca sezonu i próba zatrudnienia Ten Haga. Jak wyjdzie na tym Bayern? Pewnie tak jak za Kovaca, spadnie na cztery łapy i wobec przeciętności konkurencji sięgnie po swoje. Obecny sezon zatem będzie kolejnym „na przeczekanie”. Który to już z rzędu? Trzeci?

UDOSTĘPNIJ
Krzysztof Bardel
"Redaktor naczelny" strony polskiego fanclubu Schalke - Schalke04.pl Poza tym fan ganiania za okrągłym balonem w wersji angielskiej, niemieckiej i polskiej :)