Na Słowacji zakończyły się właśnie Mistrzostwa Świata Elity w hokeju na lodzie. Najlepsze szesnaście reprezentacji rywalizowało o miano najlepszej ekipy na całym globie. Wygrać mogła tylko jedna, a dwie musiały przełknąć gorycz pożegnania z Elitą. Niespodziewanych rezultatów nie brakowało, co potwierdza fakt, że po mistrzostwo sięgnęła drużyna, na którą mało kto stawiał.

Już pierwszy dzień rozgrywek przyniósł mało oczekiwane wyniki. Swoje premierowe starcia przegrały drużyny zza oceanu, a więc kraje, gdzie hokej na lodzie traktowany jest jak religia. Kanadyjczycy ulegli w Koszycach Finom 1:3, a Amerykanie okazali się słabsi od Słowaków (1:4).

Mistrzostwa nie były udane dla reprezentacji gospodarzy, która nie przebrnęła fazy grupowej i pożegnała się z turniejem już po siedmiu spotkaniach. Trzeba jednak zaznaczyć, że podopieczni Craiga Edwarda Ramseya mieli sporo pecha. W meczu z Kanadą bramkę stracili na 1,8 sekundy przed końcową syreną i przegrali w regulaminowym czasie 5:6. W meczu ich ostatniej szansy z Niemcami gospodarze prowadzili do 58 minuty i 8 sekundy 2:1. Niemcy wycofali bramkarza i wyrównali stan rywalizacji, a na 27 sekund przed końcem czasu Leon Draisaitl zdobył zwycięską bramkę.

Planowo w grupie A spisywali się Rosjanie, którzy na Słowację zabrali ekipę naszpikowaną gwiazdami NHL. Doświadczonych Alexa Ovechkina, Yevgeniego Malkina, czy Ilyę Kovalchuka wspierali utalentowani hokeiści młodego pokolenia. Wśród nich bramkarz Tampa Bay Andrei Vasilevski, defensor Columbus Blue Jackets Vladislav Gavrkiov, najlepiej punktujący gracz sezonu zasadniczego NHL Nikita Kucherov oraz gwiazda rodzimej ligi KHL Nikita Gusev. Z kompletem zwycięstw i przekonującą grą Rosja zajęła pierwsze miejsce w swojej grupie i wysłała jasny sygnał całemu światu.

Nieco rozczarowujące były postawy reprezentacji Szwecji i Stanów Zjednoczonych. Obrońcy tytułu ponieśli dwie porażki w fazie grupowej, z Czechami i Rosją, zajmując dopiero trzecią pozycję w pierwszej rundzie. USA również przegrało dwa mecze: ze Słowacją i Kanadą, a Finlandię udało się im ograć dopiero po dogrywce. Oni zajęli czwarte miejsce w tabeli grupy B.

Już rozgrywki grupowe wyłoniły kilka gwiazd, o których głośniej mówiło się przez cały czas trwania turnieju. Na pierwszy plan wyszedł 18-letni Kappo Kakko, który zachwycał jazdą na łyżwach, techniką, wykończeniem akcji. W jego cieniu pozostał Amerykanin Jack Hughes, który dopiero po drugim meczu na mistrzostwach ukończył 18 lat i mógł zdjąć “klatkę” ze swojego kasku. Jego turniejowe liczby może nie zwalały z nóg (7 meczów, 3 asysty), ale widać było w grze tego młodziana, że wiele potrafi. Szczególnie, że był kluczową postacią Jankesów w meczu z silną Rosją.

Najlepiej punktującym zawodnikiem fazy grupowej był William Nylander ze Szwecji. W siedmiu występach zdobył 17 punktów, trafiając do bramki pięć razy, a dwanaście dogrywając partnerom. Napastnik Toronto Maple Leafs zamieniał w Bratysławie na gole co czwarty swój strzał.

Między słupkami wyróżniał się Mathias Niederberger, bramkarz reprezentacji Niemiec. 26-latek zagrał jedynie w czterech spotkaniach, ale za każdym razem wielokrotnie ratował skórę naszym zachodnim sąsiadom. Wysoki współczynnik obronionych strzałów (94,17%) postawił tego mało znanego golkipera w jednym rzędzie z takimi tuzami jak Andrej Vasilevski, czy Matt Murray.

Do sensacyjnych rozstrzygnięć doszło w dolnych rejonach tabel obu grup. Poszczególne rezultaty ułożyły się w taki sposób, że zarówno w Bratysławie, jak i w Koszycach odbyły się mecze o utrzymanie. Wielka Brytania o pozostanie w elicie zagrała z Francuzami, zaś Włosi zmierzyli się z Austriakami. Starcia o życie wygrały dosyć niespodziewanie drużyny beniaminków, którym nikt nie dawał wielu szans na pozostanie w najwyższej klasie.

Francuzi w decydującym meczu prowadzili z Brytyjczykami już 3:0, ale dali sobie wbić trzy gole i o wyniku końcowym miała zadecydować dogrywka. W niej złotą bramkę zdobył Ben Davies, który wyrzucił Trójkolorowych z elity, w której ci grali nieprzerwanie od 2008 roku. Los Francji podzieliła Austria, której zacięty bój z Włochami trwał aż do rzutów karnych. W nich sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale ostatecznie wybuch euforii nastąpił w boksie Italii, która zapewniła sobie utrzymanie.

Rywalizacje ćwierćfinałowe przyniosły sporo emocji, choć oczywiście jedne więcej od drugich. Faworyzowana Rosja do końca broniła wyniku w meczu ze Stanami Zjednoczonymi. Dwubramkowa strata nie zraziła Jankesów, którzy wycofali w końcówce bramkarza i zepchnęli Sborną do defensywy. Podopieczni Jeffa Blashilla zdołali zdobyć tylko jednego gola w wytworzonej przewadze i z turniejem pożegnali się zaraz po wyjściu z grupy.

Na tym etapie swoją przygodę z czempionatem zakończyli również Niemcy, którzy nie dali rady Czechom, prowadzonym przez gwiazdę Philadelphia Flyers – Jakuba Voracka. Po 40 minutach gry był remis 1:1, ale w trzeciej tercji bramki zdobywali już tylko Czesi i dzięki wygranej 5:1 znaleźli się w strefie medalowej.

Zdecydowanie więcej działo się w starciu o prymat na Północy Europy. W zwariowanym boju ciosami wymieniali się Finowie i Szwedowie. Trzy Korony prowadziły w meczu 3:1, a później 4:3, ale za każdym razem dawali sobie wyrwać prowadzenie. Bramkę na 4:4 fińscy hokeiści zdobyli na minutę i 29 sekund przed końcową syreną, kiedy bramka Suomi była już pusta. Bohaterem reprezentacji z krainy saun i jezior był kapitan Mark Anttila, a kilka minut później dołączył do niego Sakari Manninen, który w pierwszej minucie i 37 sekundzie pokonał Henrika Lundqvista, wprowadzając Finlandię do półfinału.

Do prawdziwego dramatu doszło w rozgrywanym w Koszycach meczu. Szwajcarzy rzucili rękawicę Kanadyjczykom i byli bliżej niż blisko strefy medalowej. Helweci dwukrotnie obejmowali prowadzenie w końcówkach tercji. W drugiej reprezentacja liścia klonowego doprowadziła do remisu, ale w trzeciej długo nie potrafiła wyrównać stanu rywalizacji. W końcu ekipie zza oceanu udało się strzelić gola na 2:2, ale nie można pominąć faktu, że krążek przekroczył linię bramkową, kiedy na zegarze do końca meczu pozostało mniej niż 0,5 sekundy. Rozbici takim obrotem spraw Szwajcarzy nie zdołali podnieść się w dogrywce. Dobił ich niezastąpiony na tym turnieju, wybrany później do drużyny mistrzostw Mark Stone. Napastnik Vegas Golden Knights zdobył swoją siódmą bramkę w turnieju, notując dwunasty punkt na mistrzostwach i wprowadzając Kanadyjczyków do półfinału.

W nim zawodnicy liścia klonowego jeńców nie brali. Przejechali się po czeskiej przeszkodzie, którą stać było tylko na jedno trafienie. Reprezentacja Alaina Vigneaulta zaaplikowała rywalom aż pięć i wyraźnie zwyciężyła w boju o finał.

Ciekawiej było w drugim półfinale, w którym zmierzyli się Rosjanie i Finowie. Kibice na pierwszą bramkę musieli czekać ponad 50 minut, lecz nie było to pokłosie leniwej, czy bezradnej gry napastników. Wręcz przeciwnie, strzałów celnych było sporo, a akcji nie brakowało ani po jednej, ani po drugiej stronie. Tego dnia kapitalnie spisywali się jednak bramkarze. Czystego konta Sbornej pilnował wspominany już Vasilevski, a świątyni Suomi strzegł Kevin Lankinen. Ten pierwszy skapitulował dopiero po strzale Anttili, a ten drugi wyczyniał cuda w bramce i głównie dzięki tym fantastycznym interwencjom Finlandia dowiozła wynik 1:0 do końcowej syreny.

Tym samym drużyna bez gwiazd NHL, oparta na zawodnikach KHL i fińskiej Liigi utarła nosa faworyzowanej i przez wielu ubieranej na złoto Rosji. Jakże gorzkie popołudnie przeżywać musieli rosyjscy dziennikarze, którzy kilka godzin wcześniej pisali, że żaden z obecnych na Słowacji reprezentantów Finlandii nie zmieściłby się w kadrze Ilyi Vorobyova.

Finałowe starcie fińsko-kanadyjskie obfitowało w przepychanki od pierwszego wznowienia. Trzeszczały kije, bandy, a nawet kości. Żadna ze stron nie chciała odpuścić, dlatego momentami piękno ustępowało miejsca agresji. Czysto hokejowych argumentów nie brakowało. Wydawało się, że było ich więcej po stronie Kanady, która nie dość, że objęła w finale prowadzenie, to jeszcze częściej zatrudniała bramkarza rywali.

Finowie wykazali jednak te cechy, którymi odznaczali się przez cały turniej. Cierpliwość, skuteczność i waleczność. Znów dał o sobie znać Marko Anttila, który w meczu o złoto zdobył dwie bramki. Napastnik Jokeritu i kapitan Suomi przebiedował całą fazę grupową bez ani jednego punkciku, ale w rundzie play off był kluczową postacią swojego zespołu, prawdziwym liderem. Trudno zdecydować, które jego trafienie było ważniejsze? To, które doprowadziło do dogrywki w ćwierćfinale ze Szwecją? To, które dało upragniony finał w wycieńczającym boju z Rosją? Czy może dwa gole w finale z Kanadą?

Trzecia tercja finału rozpoczęła się przy wyniku 1:1, a zdecydowaną przewagę mieli w niej gracze liścia klonowego. Cóż z tego, że oddali 21 celnych strzałów, kiedy Finowie tylko trzy razy wypalili na bramkę Matta Murraya, skoro 66,6% fińskich uderzeń zakończyło się bramkami. Trafili Anttila i Harri Pesonen, a w szeregach kanadyjskiego zespołu nie znalazł się nikt, kto umieściłby krążek w bramce Finów. Suomi byli skuteczni, mieli za plecami świetnego Lankinena i to na ich szyjach zawisło złoto.

Wbrew wszelkim oczekiwaniom, nie naszpikowana gwiazdami Rosja, nie ojczyzna hokeja Kanada, nie broniąca tytułu Szwecja, a reprezentacja Finlandii została mistrzem świata w hokeju na lodzie. Zespół prowadzony przez Jukkę Jalonena, któremu odmówiły największe gwiazdy fińskiego hokeja. Zespół, który miał w różnych momentach różnych liderów, ale w gruncie rzeczy jego największą wartością był kolektyw. Kraj, który na początku tego roku okazał się najsilniejszy w kategorii wiekowej do lat 20, triumfował także w seniorskich rozgrywkach elity.


Hokejowa audycja w Radiu GOL: Olga Rybicka, Radek Kozłowski, Tadeusz Musioł

UDOSTĘPNIJ