fot. PZPS

Rok 2019 to rok sprawdzianu dla polskiej siatkówki kobiecej, a szczególnie dla zespołu, który przez kolejne miesiące konsekwentnie budował trener Jacek Nawrocki. Związek po pierwszych niepowodzeniach i braku sukcesów na arenie międzynarodowej dał mu kredyt zaufania, który może zostać rozliczony już niedługo. Słowo “presja” nie jest ulubionym określeniem pod kątem tego, co czeka kadrę – najpierw dziesiątki meczów w turniejach towarzyskich i Lidze Narodów, potem kwalifikacje olimpijskie, a następnie mistrzostwa Europy. Musimy zatem przyznać, że oczekiwania będą, jeśli już nie są, ogromne. Zwłaszcza, że na żeńską siatkówkę w naszym kraju mało kto patrzy realistycznie. Wolimy spojrzenie życzeniowe, westchnieniami wspominając tradycje, “Złotka” i inne wielkie chwile. Żeby zrozumieć, jak wygląda nasza rzeczywistość, trzeba zajrzeć dużo głębiej.

1500 dni

Polki jedynie 3 razy grały na igrzyskach olimpijskich. Dwukrotnie w latach 60. wracały z nich z medalami na szyi. Z mistrzostw Europy przywoziły krążki aż 11 razy, w tym za każdym razem podczas pierwszych 8 edycji. Co istotne – nigdy ich jednak wówczas nie wygrywając. Po 32-letniej przerwie od takich sukcesów przyszła jednak era “Złotek” Andrzeja Niemczyka, która zawładnęła umysłami fanów polskiej siatkówki. Do tego udało się jeszcze nawiązać 8 lat temu, gdy podczas domowych mistrzostw Europy łupem naszych zawodniczek padł brąz. Takie tradycje ma u nas stawka, o jaką tylko w tym roku zagra reprezentacja Jacka Nawrockiego.

Szkoleniowiec w biało-czerwone barwy ubiera się już przez ponad 1500 dni. W tym czasie zdążył zagrać na mistrzostwach Europy i zająć 8. oraz 10. miejsce, lecz także nie uzyskać kwalifikacji na igrzyska olimpijskie w 2016 i mistrzostwa świata w 2018 roku – w kuriozalnych zresztą okolicznościach. Po niepowodzeniu przed Rio związek siatkarski postanowił nie zwalniać trenera, a ten zaczął… no właśnie budowę, czy przebudowę tego zespołu?

– Wchodząc do współpracy z PZPS ja widziałem naszą reprezentację w 2 aspektach: wykorzystywanie tego, co mamy, czyli zawodniczki doświadczone i mocne, jak Anna Werblińska, Izabela Bełcik, czy Kasia Skowrońska, a potem zrozumienie, że w naszej siatkówce kobiecej jest zapaść. Szkolenie przez te 10 lat może i było, ale nie przynosiło nam takich rodzynków, a chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że gra wielu zespołów się na takich siatkarkach opiera i nie zawsze jest to poparte całym systemem. Tym samym najpierw starałem się coś zrobić z doświadczonymi zawodniczkami, z którymi zdobyłem srebro igrzysk europejskich w Baku, ale także brak kwalifikacji do igrzysk. Tam według obserwujących te spotkania graliśmy najlepszą siatkówkę kobiet w Polsce ostatnich lat – wspominał Jacek Nawrocki jesienią w audycji “Pismak” na antenie RadioGol.pl.

– To jednak nie wystarczyło na reprezentacje Włoch oraz Rosji. Po spotkaniu przyszły do mnie te bardziej doświadczone siatkarki, które mogłem traktować jako autorytety dla zespołu i powiedziały “Trenerze, my gramy przeciwko trzeciemu pokoleniu tych drużyn. To ciągle my gramy i jesteśmy najlepsze w kraju. Ale nie tędy droga”. I wtedy zrozumiałem, że wtedy trzeba na to spojrzeć inaczej i zacząć przebudowę… A w zasadzie nawet budowę żeńskiej siatkówki w Polsce od nowa – mówił trener.

Czyli budowa

Podstawy były, w końcu nie można zbyt wiele zmienić w zespole, do którego co roku na poszczególne pozycje nadawały się niemalże te same zawodniczki. Jacek Nawrocki, choć stopniowo, to odmładzał jednak powoływaną kadrę. Wielu i tak miało mu to za złe. Maj 2017 roku, Torwar. Feralny mecz z Czeszkami. Długie, wygrane granie na przewagi w pierwszym secie, potem dwa zupełnie różne, choć zakończone wynikami do 14 – najpierw dla Czeszek, potem dla Polek. W chwili, gdy mogliśmy to skończyć, coś się złamało i nasz zespół przegrał czwartą partię do 22, a tie-breaka do 9. Skreślił swoją szansę. Pierwszy sprawdzian został oblany – Polki nie awansowały do mistrzostw świata. – Mieliśmy kilka dni, żeby przygotować się na ten turniej – zaznaczał Nawrocki. – Nie byliśmy jako zespół gotowi na mistrzostwa świata. Nie mogliśmy rywalizować z drużynami, które tam się dostały, takimi jak Holandia, czy Serbia, one nie były w naszym zasięgu. Nie mówię oczywiście o Czeszkach, ale po prostu nie byliśmy gotowi na turniej taki rangi.

– W kolejnych tygodniach wygraliśmy drugą dywizję World Grand Prix, zupełnie inaczej prezentowaliśmy się na mistrzostwach Europy. To pokazało, że może i nie ugralibyśmy dużo podczas światowego czempionatu, ale widać było pełny rozwój tego zespołu. Z kilkoma siatkarkami musieliśmy się wtedy pożegnać, ale one traktowały sport jako sposób na życie, a nie pasję. O to, że nie udało mi się odpowiednio wcześnie tego zdiagnozować mam do siebie pretensje – przyznał.

Po tych spotkaniach kadra jeszcze bardziej się odmłodziła, choć ponownie rewolucji dokonać się nie dało. Gdyby porównać wyjściowe “6” w kluczowych spotkaniach dwóch poprzednich sezonów, wyszłoby, że różnią się 2-3 zawodniczkami, choć trzeba do tego doliczyć, że w zeszłej kampanii na liście nazwisk zabrakło Joanny Wołosz, która na zmagania tegoroczne już powróciła.

Jednak czy taka rewolta byłaby potrzebna? Poprzedni sezon pokazał, że nie do końca. Polki w Lidze Narodów potrafiły ogrywać mocne zespoły, uwypuklając przy tym swoje największe zalety. Atak Malwiny Smarzek, blok Agnieszki Kąkolewskiej, poprawiająca się zagrywka czy zgranie zespołu, który w końcu można było nazwać po imieniu. Drużyna rodziła się w bólach, ale w pewnym stopniu w końcu zagościła przed oczami polskich kibiców. – Staraliśmy się podczas tych spotkań pokazać siatkówkę podobną do tej, którą graliśmy podczas ME w Azerbejdżanie. To wciąż nie jest jednak poziom walki o medale – wyjaśniał trener Nawrocki.

Stabilizacja i weryfikacja

– Stabilizacja to dziś słowo klucz dotyczące tej reprezentacji. Ona wyciąga z dołka naszą siatkówkę, jest czymś, co sprawia, że chcemy na nią inaczej patrzeć. Ale za pierwszym składem idzie zaplecze i to ono będzie decydowało o przyszłości. Zaplecze poskładane z liderkami zapewniłoby nam grę o medale na najważniejszych imprezach i inaczej tego nie załatwimy, więc musimy poczekać na ten potencjał. Teraz – jak ułożyć to wszystko pod ten sezon? To jest młoda kadra, więc każdy sezon jest tu kluczowy w ich rozwoju. Mamy 3 zawodniczki za granicą – Kąkolewską, Smarzek i Wołosz – ich gra w lidze włoskiej, gdzie o każdy punkt jest jeszcze trudniej, może sprawić, że na tym polu zyskamy w stosunku do zeszłego roku. Do tego dochodzi praca z juniorkami, które w zespole Waldemara Kawki zdobyły pierwszy od kilku lat medal, co kilku z nich dało choćby wejście do naszej ligi. Je sukcesywnie będziemy też wprowadzać do kadry seniorek. To musimy zatem połączyć, a dalej pracować nad tym, żeby to był zespół.

Te słowa Jacka Nawrockiego wskazują jasno zarówno miejsce, w jakim znajduje się polska reprezentacja, jak i kierunek, w którym podąża. To podstawa do pracy, którą zaczyna wykonywać z zespołem, najpierw spędzając z nim – z paroma zawodniczkami więcej, z innymi mniej – czas na treningach, choć w zasadzie przenosząc to na grunt meczów. 3 liderki kadry znajdują się obecnie w zupełnie innym położeniu pod względem dyspozycji i roli w drużynie.

Agnieszka Kąkolewska przyjechała do Szczyrku, mając już za sobą parę dni w dość szarym klimacie Polski, porównując to do atmosfery i pogody, jaka panowała podczas jej gry we Włoszech. Wróciła do reprezentacji po sezonie w Pomi Casalmaggiore, zajmując 6 miejsce po fazie zasadniczej Serie A i odpadając w ligowym ćwierćfinale z zespołem Scandicci. – Weryfikacja mojego grania za granicą na pewno wystąpi na kadrze. Jednak Agnieszka Kąkolewska jest Agnieszką Kąkolewską i Włochy być może nieco mnie ukształtowały, ale znowu nie zmieniły bardzo siatkarsko. Poziom ligi jest zupełnie inny i wyższy, co gwarantują często najlepsze zawodniczki na świecie i liderki swoich reprezentacji, ale cele przyjeżdżając na kadrę się nie zmieniają. Każdy je zna i nie są to sprawy indywidualne. Skupiamy się na zespole, tym, żeby się zgrać, a potem myśleć o awansie na igrzyska, czy sprawieniu niespodzianki na mistrzostwach Europy – mówiła środkowa.

Kąkolewska musiała rywalizować o miejsce w składzie swojej drużyny, ale pojawiła się na kadrze dość szybko i mogła chwilę dłużej ćwiczyć z innymi zawodniczkami ewentualne warianty gry, choć te, jak podkreśla, przyjdzie im pewnie dogrywać dopiero w meczach.

Malwina Smarzek zaliczyła sezon w Zanetti Bergamo, który po 9 pozycji nie zakwalifikował się do play-offów, gdzie nie wszystko szło jej gładko. Grała często i mogła poprawić pewne elementy, które będą jej przydatne zwłaszcza pod kątem grania w kadrze. Na zgrupowaniu musiała jednak odpoczywać przez chorobę, choć na pierwszy turniej już pojedzie. Trzeciej Joanny Wołosz w kadrze jeszcze chwilę nie zobaczymy, bo kończy sezon w Imoco Volley Conegliano, gdzie po mistrzostwie Włoch rozgrywająca ma szansę na wygraną w Lidze Mistrzyń. Sukcesy cieszą, lecz martwi problem zgrania z innymi reprezentantkami. Te, jak się okazuje, wcale nie są w najgorszej formie, choć żeby wskoczyć na poziom wymuszonego wgrywania się w zespół automatycznie, potrzeba im będzie wiele.

Niespodzianki

Kadra 25 zawodniczek powołana przez Nawrockiego na Ligę Narodów liczy 4 mistrzynie Polski, 3 wicemistrzynie i jeszcze 14 zawodniczek prezentujących się na co dzień w Lidze Siatkówki Kobiet. Niektóre z nich – jak Zuza Efimienko-Młotkowska, Martyna Grajber, czy Marysia Stenzel – stanowiły ważny element zarówno swoich zespołów, jak i kadry rok temu. Są też pozytywne zaskoczenia z ligi, które trzeba będzie przekuć w reprezentacyjny sukces, jak choćby najlepszą blokującą Klaudię Alagierską. Inna niespodzianka to trzymająca w rękach klucz do sukcesu ŁKS-u Commercecon Marta Wójcik. O niej z resztą każdy w Szczyrku wypowiadał się z uśmiechem i niedowierzaniem. W końcu tak doświadczona już graniem w świetnym sezonie w klubie przyjeżdża na kadrę i daje grupie zawodniczek, które nie są w stanie współpracować z inną rozgrywającą, spory postęp i pole manewru w treningu.

– Nie każda z zawodniczek dostanie swoją szansę – uprzedzał trener Nawrocki podczas spotkania z dziennikarzami. – Wszystkie mają w sobie wiele ambicji i zawziętości, by grać, ale niektóre większość czasu spędzą w Szczyrku, choć w meczach na pewno będziemy trochę rotować składem – zapewniał. A zawodniczki, których w węższej kadrze zabrakło? – Są w rezerwie. W razie potrzeby sięgniemy po nie w drugiej części sezonu – odpowiedział szkoleniowiec.

Trener Nawrocki w kontekście minionego sezonu ligowego dość delikatnie podchodził do paru innych zawodniczek, które chciał mieć dobrze przygotowane do gry w kadrze. Choćby tych z Chemika Police – Marleny Pleśnierowicz, czy Natalii Mędrzyk. One zostały jednak “zamrożone” w kwadracie trenera Marcello Abbondanzy. To te mniej przyjemne niespodzianki. – Nikomu nie narzucam schematu grania moich zawodniczek, każdy ma przecież swoją wizję, a że czasem sprzeczną z moją to już inna sprawa. Teraz musimy sobie poradzić z takim stanem rzeczy – wspominał Nawrocki.

Nie oskarżał nikogo, ale jego wizja reprezentantek Polski zgrywających się w Chemiku po tym, jak tam się znalazły, poszła w inną stronę: sprawiła, że tej więzi i zrozumienia jest jeszcze mniej niż było wcześniej. – W klubie nie grałam w tym sezonie dużo, zostałam odciągnięta od tego pierwszego składu i teraz trzeba to odkreślić grubą linią od mojej pozycji w reprezentacji. Dobrze, że końcówka ligi w moim wykonaniu była troszkę lepsza, grałam wtedy nieco na nerwach, ale liczy się przede wszystkim ponowne zgranie z koleżankami na kadrze i postęp po tym, co zrobiłyśmy w zeszłym sezonie – mówiła przyjmująca Natalia Mędrzyk.

Gra na czas

Największy problem kadry Nawrockiego? Wielu bez chwili zawahania odpowie: lewe skrzydło. Nie mamy w nim skutecznego ataku, a i przyjęcie nie zawsze funkcjonuje tak, jak powinno. Pomysłem trenera było przestawienie na tę pozycję Magdaleny Stysiak, która zimą zmieniła Chemika na Grot Budowlanych, a już dziś wiemy, że w przyszłym sezonie prawdopodobnie powinna zagrać we Włoszech. Inna sprawa, że Stysiak, którą do roli w reprezentacji długo i mozolnie przygotowywał Błażej Krzyształowicz, nie do końca (przynajmniej w tym momencie) jest na wszystko gotowa. Pod koniec ligi odnowiły jej się problemy zdrowotne uniemożliwiające płynną grę, a poza tym jej specyfika nie do końca pozwala na dynamiczną grę po lewej stronie boiska.

Stysiak tak naprawdę wciąż uczy się tej pozycji i czeka na postęp sportowy. W Grot Budowlanych w finałach LSK dostawała szansę już tylko na zmianie, a podczas pierwszych treningów na kadrze znów okazało się, że nie będzie łatwo. Z dziesięciu uderzonych przez zawodniczkę piłek cztery wylądowały na siatce, a pięć poza boiskiem. To oczywiście tylko jedna sytuacja i pewnie podczas kolejnych można by przytoczyć inne statystyki – być może korzystniejsze. Nikt nie powie jednak, że ta przemiana nie stanowi w tej chwili pewnego problemu i zagwozdki dla trenera Nawrockiego. Zwłaszcza, że pozostałe zawodniczki na lewym skrzydle również nie funkcjonują perfekcyjnie. Kadrze potrzeba tempa, szybkości i skuteczności i przede wszystkim dynamiki, choćby takiej, do której szkoleniowiec pół żartem, pół serio odnosił się w trakcie treningów.

Najważniejsze by z tej grupy narodził się zespół kilkunastu walecznych dziewczyn, które sobie i nam będą w stanie dużo udowodnić. Grały w sezonie ligowym, czy nie. Zostały zamrożone, czy maksymalnie wyeksploatowane. Zdobyły tytuł mistrza kraju, czy zaliczyły spadek formy. Kadra to inny świat i pole, na którym wiele można zmienić. Czas na weryfikację, która jednak odbędzie się w szalonym tempie.

W świecie sportu “gra na czas” to sformułowanie, które działa na korzyść drużyny, która ma coś do wygrania, a w tym przypadku jest zupełnie odwrotnie. Wyjazdy na Ligę Narodów, ledwie kilkudniowa praca przed każdym z turniejów w kraju, a następnie szybko przychodzące turnieje, które być może zdecydują o przyszłości tej kadry. Być może. – Ja myślę, że my mamy przyszłość jeszcze daleko przed sobą. To dość młody zespół, w którym zdecyduje zgranie i uzyskana forma. Ten rok, choć ważny nie ma być dla nas takim “być albo nie być”. Nie chcemy tak myśleć, choć oczywiście walczymy o najwyższe cele i liczy się to, jak nam to wyjdzie – mówiła w Szczyrku Martyna Grajber.

Za reprezentacją Polski parę treningów w Szczyrku, wybranie kadry do Montreux i trzy turniejowe spotkania. Dwa zwycięstwa, jedna porażka – co dało awans do półfinału. To nie pora na wyroki, a czas tytanicznej pracy tworzącej kadrę, z której będziemy mogli być zadowoleni. Do wróżby prezesa PZPS Jacka Kasprzyka, który o Polkach mówi “skoro wygrały pierwszy mecz, to niech spełni się porzekadło o tym, że cały sezon będzie jak pierwszy mecz – zwycięski“, muszą dojść także wskazówki pod kątem dyspozycji na boisku. Z tą w pierwszych spotkaniach wcale nie było źle. Są błyski, są wykrzykniki, przy których trzeba przysiąść, ale są też – stety lub niestety – znaki zapytania. Teraz powoli wszystko będzie się klarować, by przy najważniejszych chwilach pozostała czysta karta. Gotowa do zapisania, a czy pozytywnymi, czy negatywnymi uwagami trenera Nawrockiego – przekonamy się.

Autor: Jakub Balcerski

Artykuł został opublikowany także na portalu TuŁódź.pl.