Polacy wielokrotnie przyzwyczaili do swoich momentami odrealnionych opinii i oczekiwań. O ile czasami mogą mieć one realne podstawy, tak w przypadku piłki nożnej i reprezentacji Polski są one delikatnie mówiąc wyssane z palca. Tym bardziej dziwi fakt, że do grona osób tworzących taką narrację dołączyli dziennikarze. Czy ten sąd nad Paulo Sousą jest w ogóle potrzebny?

Nowy selekcjoner od początku swojej pracy przyzwyczaja do zupełnie innych standardów pracy z piłkarzami, ale i mediami. Skończyły się czasy przecieków dotyczących składu, czy taktyki. Potwierdzeniem tego novum jest nawet ogłoszenie nazwiska nowego selekcjonera, które już wtedy mocno zabolało pewne osoby ze środowiska dziennikarskiego. 

Oczywiście zdarzyć się może nietrafiony news, który jest dementowany przez federację. W pełni to rozumiem, bo sam miałem nietrafione opinie, natomiast publiczne oburzanie się o to, że prezes Boniek wyrolował dziennikarzy nazwiskiem innego, niż zakładali trenera już mogło dawać do myślenia. 

Czarę goryczy przelały jednak dwa pierwsze mecze nowego selekcjonera. Szczególnie po tym z Andorą, gdy zobaczyłem komentarze doszedłem do wniosku, jak beznadziejne jest polskie środowisko dziennikarstwa sportowego oraz jak bardzo jest ono piłkarsko, a może i nie tylko w tej materii ograniczone.

Sugerowanie trenerowi, że poruszanie się na boisku najlepszego piłkarza świata w meczu z Andorą jest groteskowe, określanie meczu Polaków, mających absolutną przewagę g… meczem, czy opisywanie zdobytych bramek jako przypadkowych nie pokazuje zbyt wielkiego poziomu naszych ekspertów. Mówi bardziej o tym, że wychodzi z nich typowa zawiść, ponieważ zostali odsunięci od smakowitych newsów. Złość, dotycząca tego, że ktoś z zagranicy ma czelność nie zgadzać się z ich opiniami oraz, że ma warsztat i wiedzę, którą chce w pełni wykorzystać.

Jeszcze “ciekawsze” opinie przedstawiane były w momencie, gdy dowiedzieliśmy się o kontuzji Roberta Lewandowskiego. Jednym chórem wszyscy eksperci śpiewali, jakim to Sousa jest kretynem, bo wystawił kapitana na kopaninę od rywala i przez to ma kontuzję kolana, że jaki jest nieodpowiedzialny. Z pianą na ustach wypisywali takie brednie. Na szczęście pojawiały się głosy równoważące, ale jak możecie się domyślać były jedynie tłem. 

Szlag mnie trafił natomiast bardziej, jak zobaczyłem później wpis jednego dziennikarza. Nie będę wymieniać jego nazwiska, bo nie ma sensu robić mu zasięgów. W tej nienawiści do trenera Paulo Sousy, który ma czelność wytykać braki w wiedzy wszechwiedzącym ekspertom ten postanowił wytoczyć największe działo – najemnik i jego nieznajomość hymnu państwowego. Nawet jeśli jest obcokrajowcem, to nie czyni go gorszym fakt, że nie zna hymnu po tygodniu pracy w nowym dla siebie kraju. Vital Heynen dopiero po roku zaczął w miarę dobrze mówić po polsku i śpiewać hymn, także dajmy Sousie czas. 

Przyznam się Wam, że długo uważałem kilku dziennikarzy za naprawdę wartościowych i godnych uwagi. Po tym jednak, co zobaczyłem w mediach społecznościowych mocno zwątpiłem w tę gałąź społeczną. Dlaczego spytacie? A dlatego, że Wy, którzy czytacie takie opinie, lub ich słuchacie przejmujecie tę narrację zamiast cieszyć się z faktu, że nasz selekcjoner chce wyprowadzić nas z marazmu, w jakim byliśmy za trenera Brzęczka. 

Czy ten sąd jest żenujący? Oczywiście, że jest, ponieważ to niestety w smutny sposób pokazuje również naszą polską mentalność. Uwidacznia się ona w wiecznym narzekaniu, mówieniu jak to u nas źle i to zbyt mocno uroiło się niektórym przedstawicielom mediów. Zaapeluję na koniec o chłodne głowy, bo Sousa pracuje tydzień. W tydzień nie da się zmienić trzydziestu lat zaniedbań polskiego szkolenia.  

UDOSTĘPNIJ