Wszystko to, co wydarzyło się dziś w Oberstdorfie, wszystko to, co wylało się dziś w sieci, jest jednym z największych kryzysów wizerunkowych FIS-u od lat. Kryzys ten wywołany jest skrajnym brakiem profesjonalizmu, w podejmowanych decyzjach przez narciarską centralę. I tak, jest to z mojej strony eufemizm.

Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!

Wygląda na to, że FIS przygotowując się do sezonu, kompletnie pominął przygotowanie modelu własnych wytycznych dopuszczania skoczków do konkursów. Postanowił zdać się w tym względzie całkowicie na lokalne przepisy oraz działalność odpowiedników polskich sanepidów.

Pozwolę sobie teraz nakreślić delikatnie, jak wygląda Europa. Z tygodnia na tydzień zmieniają się w poszczególnych krajach wytyczne dotyczące izolacji osób, dopuszczania do aktywności społecznej itp. itd. Wobec tego wszystkiego centrala postanowiła zostawić poszczególne związki krajowe i kadry samymi sobie. Ignorancja? Skrajna ignorancja. Nietrudno sobie wyobrazić scenariusz (a teraz już odczuć po dzisiejszym kryzysie), że poszczególne kraje mogą wprowadzić drakońskie przepisy antycovidowe. Takie przepisy, które skutecznie rozbiją rywalizację i to się właśnie stało. Bo musiało się stać.

Dlaczego FIS wcześniej nie podejmował ścisłej współpracy z poszczególnymi krajami będącymi organizatorami zawodów? Dlaczego dopuścił do sytuacji chaosu informacyjnego na linii polska kadra – niemieckie służby medyczne? Dlaczego nie starał się wykreować w miarę uniwersalnych przepisów testowania dla całej pucharowej karuzeli poprzez wcześniejszy kontakt z władzami w poszczególnych krajach? Wygląda to tak, jakby FIS przyjął za najwłaściwsze rozwiązanie tego sezonu, że jeśli skoczkowie przyjadą na skocznie, to mogą skakać. Jak nie przyjadą, to nas niewiele to interesuje, nic nie mogliśmy i nie możemy zrobić. FIS zamiast stać się stroną i adwokatem danych ekip zgrabnie umywał rączki.

Czas na niepopularną opinię  

Pozwolę sobie teraz stanąć w obronie Niemców. Doprawdy ciężko mi sobie wyobrazić scenariusz w którym ktoś u góry siedział i zarządził akcję wywalenia Polaków z TCS. Chociażby Wojciech Fortuna w wywiadzie dla sportsinwinter.pl pozwolił sobie na słowa, że Niemcy celowo mogli nas wycofać z walki o zwycięstwo. Warto zachować umiar. Lokalne władze wprowadziły dość abstrakcyjne przepisy w walce z koronawirusem i wydaje się, że po prostu zgodnie z nimi postępowano. Bardzo gorliwie (a faktem jest, że nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu, jak mawiał klasyk). Co do afery z niemieckim masażystą, to uważam, że wymaga zbadania. Wyznaję zasadę, podobnie jak cała nasza cywilizacja, o domniemaniu niewinności. Udowodnijmy szemrane działanie i dopiero potem głośno krzyczmy o podwójnych standardach. Nie wykluczam, że było coś nie tak, jednak warto zachować klasę i wezwać do wytłumaczenia sprawy.

Jak rozwiązać sytuację i wyjść z twarzą?

Tematu nie da się już w 100% odkręcić. Istnieją bowiem dwa scenariusze na jutro. Pierwszy wygląda tak, że idziemy w zaparte (pomimo negatywnego wyniku Klimka) i blokujemy udział Polaków w jutrzejszym starcie. Drugi natomiast zakłada dopuszczenie Biało-Czerwonych do ponownych kwalifikacji lub od razu do konkursu.

Pierwszy zakłada bezmiar niesprawiedliwości. Tegoroczny turniej stanie się skarłowaciałą postacią jego pierwotnego charakteru. Gdzie absurdalne lokalne przepisy zdecydują o wypaczeniu zawodów. Zwycięzca całego cyklu będzie niepełny, wyłoniony w karykaturze zdrowej rywalizacji. Nie będzie najlepszy.

A dopuszczenie Polaków? Precedens w skali całej historii Pucharu Świata. Precedens niebezpieczny. Po pierwsze pojawi się zarzut, że Polacy zostali dopuszczeni do rywalizacji, bo do worka „dochody PŚ” wrzucają niebagatelną ilość pieniędzy. Co będzie prawdą. Nie wyobrażam sobie, że FIS rozważałby podobny scenariusz, gdyby z zawodów wyrzucono Czechów, Francuzów, czy Kanadyjczyków. Równi i równiejsi. Taki scenariusz uchyli także drzwi do tego, aby w przyszłości postąpić podobnie. Skoki narciarskie jak mało który inny sport ma charakter loteryjny i krzywdzenie poszczególnych zawodników nie jest tu niczym niezwykłym. Zwykle karci jednak natura. Niemniej jednak fałszywy wynik u Klimka jest jakimś tam pokrętnym działaniem natury. Przywrócenie Polaków może stać się niebezpiecznym precedensem wykorzystywanym potem przez inne nacje. Te nacje, które wrzucają pieniądze do tej karuzeli.

Czy można było to przewidzieć?

Stara podwórkowa zasada mówi, że nie zmienia się zasad w trakcie gry. Co należy zrobić, żeby nie dochodziło do takich sytuacji jak dziś? Ustalić wcześniej zasady biorące pod uwagę wszystkie możliwości rozwoju sytuacji. Proste. Na co FIS oczywiście w bezmiarze swojego niedziałania nie wpadł. Czy tak trudno było wprowadzić przed sezonem przepis dopuszczający możliwość startu skoczków w konkursie, którzy dzień wcześniej byli na etapie weryfikacji zachorowania? Nie.

Nieskromnie pozwolę sobie przytoczyć fragment mojego felietonu z października tego roku, w którym napisałem: „Specyfika sytuacji jest niecodzienna i wymaga niecodziennych rozwiązań. Wymaga niejednego, a kilku scenariuszy. Tymczasem organizatorzy, sztaby szkoleniowe coraz głośniej zaczynają dawać znać o braku centralnego planu”. Dzisiejszy problem w jakimkolwiek zarysie dało się przewidzieć wcześniej. Jeśli teraz którykolwiek z działaczy fisowskich postanowi wyjść i oznajmić, że sytuacja ich zaskoczyła, to niech lepiej od razu spakuje manatki. Wygląda bowiem na to, że na organizatora Pucharu Świata to się on nadaje jak ja do baletu. A mogę się założyć o pół litra dobrze schłodzonej substancji, że takie nieudolne tłumaczenia z czasem się pojawią.

Kończ waść, wstydu oszczędź!

Dobrze znana zasada marketingu mówi, że nieważne jak, ważne, żeby o nas mówili. Otóż nie. Zasada być może występuje i to świadczy tylko o poziomie naszego społeczeństwa. Niemniej jednak na całe szczęście ma wyjątki. Granica cierpliwości sponsorów, partnerów i kibiców dziś mogła zostać przekroczona. Produkt, jakim jest Puchar Świata w skokach narciarskich, został kopnięty z buta. Oczywiście świat się nie zawali, karuzela będzie się kręcić dalej. Jednak takie sz(k)opki muszą mieć swoje konsekwencje. Coraz mniej nacji bawi się w skakanie na nartach i dziś nie pomogliśmy w rozwoju naszej dyscypliny.

Niezależnie od wszystkiego, co wydarzy się po opublikowaniu tego tekstu (bo podobno sam minister sportu już załatwił nam jutrzejszy powrót), ten poniedziałek jest wyjątkowo czarnym dniem w historii dyscypliny. Indolencja władz światowej federacji ujawniła się w pełnej krasie. Sam czuję się zbyt małym gryzipiórkiem, by dostatecznie skomentować dzisiejszą sytuację. Wobec czego wesprę się cytatem z utworu „Co by tu jeszcze…” niedoścignionego mistrza Wojciecha Młynarskiego, aby opisać działania FIS-u w ostatnim czasie:

„A więc: faceci wokół się snują co są już tacy,

Że czego dotkną, zaraz zepsują. W domu czy w pracy

Gapią się w sufit, wodzą po gzymsie wzrokiem niemiłym.

Na niskich czołach maluje im się straszny wysiłek,

Bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę:

“Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie? Co by tu jeszcze?”

Czasem facetów, by mieć to z głowy, ktoś tam przerzuci

Do jakiejś sprawy, co jest na oko nie do popsucia

Już się prężą mózgów szeregi, wzrok się pali,

Już widzimy, żeśmy kolegi nie doceniali.

A oni myślą w ciszy domowej czy w mózgów treście:

“Co by tu jeszcze spieprzyć, Panowie? Co by tu jeszcze?”

UDOSTĘPNIJ