Winston Churchill powiedział kiedyś podobno, że dobrze mieć wrogów, oznacza to bowiem, że o coś się walczyło. Jak zatem przyjąć fakt, że od 20 lat po polskich parkietach biegał niesamowity wojownik, walczak i wojak, który wrogów sobie absolutnie nie narobił. Proszę Państwa, oto paradoks Krzysztofa Szubargi.

Patetyzm może zabić najlepszy tekst, wobec tego jak ognia staram się go unikać. Wygląda jednak na to, że nie uchronię się od wyjątku. Przed kilkoma dniami legenda polskiej ligowej koszykówki – Krzysztof Szubarga, ogłosił zakończenie sportowej kariery, przynajmniej tej zawodniczej. Z peanami na cześć 59-krotnego reprezentanta Polski pospieszyli współpracownicy, gracze, kibice i kluby. To dość nieprawdopodobne uczucie przeglądać anonimowe internetowe fora, gdzie wszyscy zgodnie oklaskują kończącego karierę.

A wszystko to zaczęło się tak niepatetycznie

Niewielu pamięta, że pierwsze występy w poważnej koszykówce „załatwiali” z trybun, przyszłej legendzie naszych parkietów, niemalże koledzy z osiedla. Przed 20 laty bowiem grupa kibiców na trybunach inowrocławskiej hali żądała wpuszczenia wtedy nastoletniego Krzysztofa na parkiet od trenera Noteci. I kiedy tabun anonimowych graczy z zagranicy zawiódł, wszedł on, czyli chłopak z osiedla i tak już został na kolejne dwie dekady.

Ci, którzy już wtedy mieli szanse zobaczyć młodego Szubargę, po latach opisywali iskry w oczach, które niezmiennie towarzyszyły mu w grze na parkiecie przez kolejne lata. Poza nieprzeciętnymi umiejętnościami zostawiał on zawsze na placu boju serce. A kiedy tego było za mało, to dokładał, kolokwialnie rzecz ujmując, z wątroby i z nerek. A mimo to, mimo całej swojej nieustępliwości i zadziorności nie narobił sobie na parkietach wrogów, a samych przyjaciół. Przypadek niezwykły. Ma w sobie Szubarga pierwiastek sportowca czystego, giganta walki z duchem fair play. Cechy wydawałoby się tak proste, a tak zagubione w skomercjalizowanym sporcie XXI wieku.

Status kultowy

Ten jeden paradoks nie popchnąłby mnie jednak do przygotowania tego tekstu. Nie mniejszym bowiem fenomenem jest jego status w Gdyni, Włocławku i Inowrocławiu. O rywalizacji ligowej między Gdynią, a Anwilem nie trzeba opowiadać. Pomimo to Szubarga w obu tych miejscach uzyskał status kultowy, żeby nie powiedzieć legendarny. Na dokładkę pozwolę sobie przypomnieć zapomnianą już nieco rywalizację na Kujawach między Notecią i Anwilem. W pierwszej dekadzie XXI wieku również i te mecze miały status podwyższonego ryzyka. Natomiast to, co działo się w inowrocławskiej hali podczas derbowych pojedynków, daleko wykraczało poza przyjęte normy BHP. Dowód poniżej. Pomimo to, w obu tych miastach Szubarga ponownie uzyskał status niepodważalnie kultowy.

źródło: https://www.youtube.com/watch?v=rBy-73um3K4&ab_channel=Piotrpot
źródło: https://www.youtube.com/watch?v=rBy-73um3K4&ab_channel=Piotrpot

Skoro notka ta powstaje przy okazji ogłoszenia zakończenia kariery, to wypada dopisać listę osiągnięć naszego bohatera, tak więc:

-Mistrz Polski (2011)

-Srebny medal MP (2010)

-Brązowy medal MP (2019)

-Najlepszy Polski Zawodnik PLK (2010, 2017)

-Uczestnik meczu gwiazd PLK (2009, 2010, 2012, 2013)

-59 występów w reprezentacji Polski, w tym ME 2009 (rozgrywane w Polsce) oraz ME 2013

I nigdy już się nie dowiemy, o ileż więcej moglibyśmy do tej listy dopisać, gdyby nie kontuzje. Co Cię jednak nie zabije to Cię wzmocni. Kontuzja, z którą zmagał się w latach 2015-2016 wykreśliła nazwisko Szubargi z kajetów trenerów PLK, wówczas wydawało się, że na stałe. Mało kto wierzył, że stać go jeszcze na powrót na szczyt, a jednak. A jednak trzy lata później ponownie sięgnął po ligowy medal. Padł wówczas na boisko ze łzami w oczach. Generał i dowódca, który świadom drogi, jaką przeszedł, nie powstrzymał emocji.

Domknięcie etapu

Odejście Szubargi to także zamknięcie pewnej epoki. Jeden z ostatnich samurajów, który był częścią wspaniałej atmosfery w ligowych halach w Polsce na przełomie wieków. Mało kto pamięta, że zanim nadeszła era siatkówki, to Polska żyła koszykówką, a hale pękały w szwach. Od wielu lat o takim statusie koszykówki w Polsce możemy pomarzyć. Nawet ćwierćfinał ostatnich MŚ nie przywrócił choćby w połowie tego, co mieliśmy okazję oglądać przed dwoma dekadami. Zamknęła się pewna romantyczna epoka i na horyzoncie nie widać jej powrotu. Dziś natomiast niejeden z kibiców ma poczucie postawienia pewnej „kropki nad i”.

Jak to sam bohater ujął w jednym z wywiadów, czas przejść „na drugą stronę rzeki”. Dokładniej rzecz ujmując, mam nadzieję, że będzie to przejście przez pewną linię. Tę oddzielającą parkiet od ławki trenerskiej. Tam na ławce szkoleniowej pozostaje mi życzyć samych sukcesów. Na koniec pozwolę sobie urządzić małą prywatę. Ja bowiem życzyłbym sobie zobaczyć jeszcze raz Pana Krzysztofa w inowrocławskiej hali, tym razem za sterami Noteci. Wierzę, że impulsy, którymi podrywał Krzysztof Szubarga na parkiecie, da się przenieść na trenerską ławkę. Ba, jestem tego pewien!

PS A oto mała laurka, która dziś pojawiła się w sieci, dla tych co lubią powspominać

https://www.youtube.com/watch?v=XmLhwpkewfs&ab_channel=GETBETTERTV

UDOSTĘPNIJ