Wiele radości zafundowali nam nasi skoczkowie wczorajszego wieczoru. Czwórka reprezentantów Polski w czołowej siódemce pojedynczego konkursu to wynik historyczny. Oczywiście należy się z takiego rezultatu cieszyć, ale co gdyby spojrzeć na to wszystko od drugiej strony. Może oprócz tego, że staliśmy się wyjątkowo mocni, to rywale stają się dramatycznie słabi?

Najpierw odeszli najbiedniejsi

FIS jakiś czas temu przyjęło sobie za cel stworzenie jakościowego produktu nie tylko z konkursów pucharowych, ale także z kwalifikacji. W związku, z czym już od kilku sezonów wszyscy zawodnicy muszą przedzierać się przez kwalifikacyjne sito (wcześniej czołówka PŚ miała zapewniony udział w konkursie). Pomysł dodania jakości do kwalifikacji szczytny, ale jak z wykonawstwem? Ano mizernie.

Podczas konkursów w Rosji na ten przykład zorganizowano rundę kwalifikacyjną dla 51 zawodników. Z tej puli zdyskwalifikowano trzech, co dało 48 skoczków na starcie konkursu. Polskie media pozwoliły sobie nawet określić ten sposób przeprowadzania rywalizacji mianem parodii. Natomiast w ten weekend na liście startowej pojawiło się 50 zawodników. Wobec powyższego zorganizowano dla nich „prolog”. Czym ów prolog miał być i jaki był jego sportowy sens? Pytanie pozostaje otwarte.

Zanim na usprawiedliwienie podamy koronawirusowy świat, to pozwolę sobie stwierdzić, że w biathlonie listy startowe nie spotkały się z jakimś dramatycznym uszczupleniem. Poza tym problem nie jest nowy. Jeszcze w 2006 roku podczas konkursu drużynowego w trakcie włoskich Igrzysk aż 16 drużyn stawiło się na starcie tej rywalizacji (sic!). Przyznają Państwo, że dziś to scenariusz z gatunku science-fiction. Zatem najpierw odeszła, kolokwialnie mówiąc „biedota”, czyli ogon pucharowej rywalizacji. Jej brak nie odznacza się w mniejszych zdobyczach punktowych, bo nigdy tych punktów wiele nie miała. Ten ogon po prostu przestał w ogóle się pojawiać na starcie, a zatem skróciły się listy startowe. O kim mowa konkretnie? Holandia, Białoruś, Szwecja, Korea Południowa, Słowacja etc. Nawet dobrze nie zauważyliśmy jak zniknęli.

O tym, jak umiera klasa średnia

Potem wyścig technologiczny oraz organizacyjny zaczął zabijać średniaków. Jak zdefiniować średniaka? Subiektywnie przyjąłem, że „klasa średnia” to nacje między 7., a 10. pozycją w Pucharze Narodów. Od sezonu 2011/12 poza czołową szóstkę tej klasyfikacji nie wypadają: Polska, Niemcy, Norwegia, Austria, Słowenia, Japonia. Dlatego też bliżej przyjrzałem się dominacji wspomnianej gromadki w tym okresie. Poniżej zamieszczam wykres ukazujący średnią liczbę punktów na konkurs w sezonie zdobywanych przez drużyny z miejsc od 7. do 10. w Pucharze Narodów (m.in. Czechy, Szwajcaria, Finlandia, Rosja, Francja) w sezonach 2011/12 – 2017/18*:

I tak w sezonie 2011/12 średnio na konkurs dla „przeciętniaków” wypadało 139 punktów. W sezonie 2017/18 było to już tylko 57 punktów. Przepaść. Nieco lepiej wyglądał pod tym względem sezon 2018/19**. Jednak już w ostatnim zakończonym sezonie jest to ponownie średnio tylko 50 punktów na konkurs. Blisko trzykrotnie mniej niż niecałą dekadę wcześniej!

Poniżej natomiast załączam wykaz najwyżej notowanych w Pucharze Świata skoczków poza czołowymi sześcioma reprezentacjami:  

2019/20 – 25. Killian Peier

2018/19 – 17. Killian Peier

2017/18 – 19. Simon Ammann

2016/17 – 16. Vincent Descombes Sevoie

2015/16 – 11. Roman Koudelka

2014/15 – 7. Roman Koudelka

2013/14 – 7. Simon Ammann

2012/13 – 10. Jan Matura

2011/12 – 10. Roman Koudelka

Również da się zauważyć pewną tendencję gołym okiem.

I tak jak kilkanaście lat temu wycofały się ogony, tak dziś powoli na zaplecze na naszych oczach schodzą średniacy.

Co to oznacza?

Efektów nietrudno się domyślić. Wyobrażam sobie „zachwycone” miny osób związanych z telewizjami pokazującymi kwalifikacje. Otrzymują oni bowiem informację, że zamiast wspomnianych kwalifikacji będzie prolog (czyt. dodatkowa seria treningowa). Ośmiozespołowe konkursy drużynowe to również nieco trefny produkt. Wszystko to musi przynieść mniejsze zyski z praw telewizyjnych oraz od sponsorów.

Rozwiązania?

W części środowisk pojawia się pomysł, aby zrezygnować z konkursów drużynowych reprezentacji na rzecz konkursów drużynowych „klubowych”. Osobiście uważam, że wyrywanie korzeni nic dobrego przynieść nie może. Takim korzeniem jest niejako skakanie dla reprezentacji. Kolarskie wyścigi drużynowe na mistrzostwach świata w wersji klubowej w mojej skromnej opinii nie zdają egzaminów. Któż z nas słyszał o polskich medalach w tej specjalności? No właśnie. A kilka takich sukcesów mamy. Zupełnie inną popularnością cieszyłaby się ta rywalizacja w przypadku, gdyby to reprezentacje stały na starcie.

Samej idei nie należy jednak odrzucać w całości. Częściowo bowiem stosuje się ją już w Ameryce Północnej oraz w Finlandii. Chodzi mi o łączenie reprezentacji, chociażby dokooptowanie Aigro do kadry fińskiej. Pomysł ten zrodził się jako oddolna inicjatywa. A co gdyby FIS podjął temat ze słabszymi reprezentacjami o ograniczonych budżetach? Stał się rodzajem swatki. Zainicjował poza kuluarami dyskusję i zachęcał poszczególne federacje do takiej współpracy. Nie podniesie to bezpośrednio liczby ekip biorących udział w konkursach drużynowych. Może jednak sprawić, że uratuje się skoki w nieco zapomnianych krajach i wydłuży listy startowe do kwalifikacji. Uratuje się niejedną karierę, która może zniknąć z powodów czysto organizacyjnych. Zdaję sobie sprawę, że czystym marzycielstwem byłoby utworzenie grupy zdolnych juniorów pod egidą FIS-u, a skaczących pod własną flagą. Warto sobie jednak zdać sprawę, że skoki narciarskie naprawdę się zwijają i naprawdę potrzebujemy nowych pomysłów.

Pojawienie się pojedynczych nazwisk z dziś już nieco egzotycznych państw na listach Pucharu Świata może spowodować, że z czasem takich skoczków będzie więcej (chcąc nie chcąc np. Szwecja jest już rodzajem egzotyki w skokach). Stąd natomiast niedaleka droga do szerszego grona chętnych do stawania na starcie rywalizacji drużynowych. Step by step.

Inną kwestią jest wojna technologiczna. Coraz liczniejsze są głosy, że surowe przepisy i dyskwalifikacje de facto są największym problemem dla tych najsłabszych. Czołowe reprezentacje różnymi sztuczkami i tak obchodzą kontrole. Nie bez przyczyny Stefan Horngacher chciał do kadry Niemiec za wszelką cenę ściągnąć Michala Doleżala. Znał on talent Czecha w dziedzinie sprzętu i jego unowocześniania. Proszę mnie opacznie nie zrozumieć. Nie chciałbym powrotu do czasów spod znaku latawców à la Florian Liegl. Chciałbym natomiast postawić tezę, że regulaminy warto ponownie przedyskutować. Tak, aby jak najmniej służyły największym, a jak najbardziej promowały zdrową sportową rywalizację. Pozwolę sobie teraz posłużyć się częściowo powiązanym przykładem. W pływaniu z „kosmicznymi” strojami sobie poradzili (przykład jest „częściowo” powiązany, bo zdaję sobie sprawę z różnic między pływaniem a skokami narciarskimi).

Na koniec sędziowanie. Oczywiście nie jest to powód decydujący, że skoki nam się zwijają, ale jak działać gruntownie to i sędziowania nie wolno pominąć. Wiemy już, jak ciężko mają małe reprezentacje. No więc na to nakładają się jeszcze podwójne standardy w sędziowaniu, a że takie są, to chyba wszyscy gremialnie przytakniemy. Żeby wdać się w szczegóły, potrzebny jest osobny tekst. Napiszę zatem zwięźle – potrzebujemy, aby sędziowanie było równe, sprawiedliwe i na podstawie oddanej próby, a nie widzimisię oceniającego.

Nie wolno nam pewnych rzeczy przespać

Na początku tekstu postawiłem tezę, że pucharowy ogon odszedł po cichu. Nikt nawet tego nie zauważył. Teraz tradycyjni średniacy, stają się z punktujących tylko obecnymi na zawodach. Jeśli nadal będziemy lekceważyć problem, to skoki narciarskie niechybnie staną się sportem kadłubowym. Pokroju biegów narciarskich, czy kombinacji norweskiej. O żadnej rywalizacji na popularność z biathlonem nie będzie już mowy.

Przecież całkiem niewiele zabrakło, żebyśmy stracili swego czasu z grona aktywnych uczestników Japonię. Odchodzący w cień Noriaki Kasai wydawało się, że nie ma następców. W sezonie 2016/17 skoczkowie z Kraju Kwitnącej Wiśni wyprzedzili Czechów ledwie o 500 punktów w klasyfikacji Pucharu Narodów. Czesi zatonęli, Japończycy się jeszcze odbili. Nie ma jednak wątpliwości, że tendencja jest taka, że kolejne kraje z zabawy się raczej wypisują, a nowych chętnych nie ma w ogóle.

Walter Hofer uczynił wiele dobrego, by pchnąć skoki narciarskie do przodu. Jego pomysł z przelicznikami za wiatr oraz za belkę z początku wydawał się fantasmagorią. Jednak ta szalona idea skoki uatrakcyjniła. Skończyło się ponowne rozgrywanie konkursu po zmianie belki. Uczynił naszą dyscyplinę atrakcyjniejszą dla „niedzielnych” kibiców, a tym samym dla nadawców telewizyjnych. Ochoczo także już kilkanaście lat temu zaczął dopominać się o skoki kobiet w programach mistrzostw świata oraz igrzysk olimpijskich. Czas, aby ekipa Sandro Pertile poszła równie odważną drogą. Tylko czy ją na to stać?   

 

 

 

*Jak łatwo się domyślić duża liczba konkursów drużynowych mogłaby podkręcić wynik średniaków (w takich konkursach zdobywają oni minimum 150 punktów). Jednak liczba starć w rywalizacji drużyn w kolejnych latach utrzymuje się na poziomie, które nie powinien zakłamać nam danych.

**W sezonie 2018/19 ta średnia na konkurs wynosi ponad 100 punktów. Należy jednak pamiętać, że wówczas na początku sezonu Norwegowie z powodów nie do końca sportowych zajmowali w trzech kolejnych konkursach drużynowych miejsca pod koniec stawki (10., 8., 9.). Musiało to nieco zaburzyć dane.  

UDOSTĘPNIJ