Robert Lewandowski, Leo Messi i Cristiano Ronaldo – co łączy tych Panów? Cała trójca zakończyła swój udział w Mistrzostwach Świata. Wczoraj do polskiego snajpera dołączyli gwiazdorzy reprezentacji odpowiednio Argentyny i Portugalii. Czemu to dowodzi? A no temu, że bez wsparcia partnerów w piłce nożnej nikt, niczego, nigdy nie wygrał.

Wybitne postacie są zawsze kojarzone z wielkimi sukcesami. Piłka nożna to taki sport, gdzie w pojedynkę nie da zrobić się zbyt wiele. Można wygrać jeden mecz, zremisować drugi, ale trzeciego już i tak nie wygrasz. To tak, jakby biec w sztafecie na trzech zmianach. Na pierwszej jesteś w pełni sił, możesz iść na całość i dać prowadzenie. Na drugiej już jesteś podmęczony, walczysz do końca i udaje ci się utrzymać w czołówce, dlatego trzeciej zmiany nie dasz rady udźwignąć, bo biologii nie oszukasz. Na ostatniej pętli biegnie kolega, który poziomem znacząco od ciebie odstaje, żeby nie powiedzieć – jest amatorem. Dlatego należy pamiętać, iż sukces nie ma nigdy jednego autora.

Pele i Zidane nie byli sam

Wszyscy fani futbolu wiedzą kto to Pele. Niemal wszyscy marzą o tym, aby cofnąć czas i zobaczyć brazylijskiego gwiazdora na żywo. Tego niestety nie da się zrobić, ale pamięć o jego sukcesach nadal jest teraźniejsza. Największymi sukcesami legendarnego napastnika są aż 3 Mistrzostwa Świata. To z nim utożsamia się każdy puchar wzniesiony przez Canarinhos w latach 1958, 1962 oraz 1970. Lecz te zwycięstwa miały kilku ojców. Nie można zapomnieć o tym, że Pele sam tych trofeów nie zdobył. W 1958 roku oraz w 62 pomagali mu między innymi fantastyczny Garrincha, kapitan Nilto Santos, czy stojący w bramce Gilmar. Osiem lat później miał on wsparcie ze strony takich piłkarzy jak Carlos Alberto Torres, Jairzinho, czy słynący z flip flapu Rivelino.

Podobnie ma się sytuacja z wielkim sukcesem Francji z 1998 roki, kiedy to Les Blues wygrali mundial na własnych boiskach. Z tamtejszą wiktorią również utożsamia się najbardziej Zinedine’a Zidane’a, a w składzie byli przecież wybitni piłkarze Laurent Blanc, Lilian Thuram, Christian Karambeu, Patrick Vieira, czy wschodzące gwiazdy Thierry Henry i David Trezeguet. Francuzi pokonali w tamtym finale… Brazylię 3:0, co było największym triumfem w historii piłki nożnej tego kraju. Dwie bramki w finale strzelił Zizou i to dlatego on jest pierwszym skojarzeniem z tym mistrzostwem świata, jednak jak już wspomniałem sam go nie zdobył, bo w futbolu sam niczego nie osiągniesz.

Lewandowski, Messi, Ronaldo – byli sami

Kapitan naszej reprezentacji miał być naszą najgroźniejszą bronią. Od Roberta Lewandowskiego oczekiwano, że wyprowadzi nas z grupy, a dalej? – co ma być to będzie. Takie nastroje panowały w kraju. Wiara umiera ostatnia, ale wiara też jest czasem matką głupich… Nie można było oczekiwać od Lewego cudów. Nie usprawiedliwiam jego fatalnej postawy na Mundialu, kiedy źle przyjmował piłkę, kiedy brakowało go w polu karnym, ale nie oszukujmy się. Ten człowiek poprowadził nas przez eliminacje, lecz mistrzostwa świata to zupełnie inny poziom. Tam nie ma szans na to, by jeden piłkarz ciągnął wózek. Lewandowski to nie Messi, czy Ronaldo, potrafiący odmieniać mecze na najwyższym poziomie. Im piłek nikt nie musi dogrywać, oni sami sobie kreują sytuacje, taki jest ich styl gry. Mówienie, że Lewandowski to tylko w Bayernie potrafi strzelać, jak mu ktoś dogra. Ok, zgadzam się, ale tam ma z kim wymienić 3 podania, żeby skonstruować jakąś akcję, gdzie partner zagrywa mu ostatnią piłkę i wtedy Robert ma okazję i zazwyczaj się nie myli. Tu starał się, biegał, wracał, wybijał piłki gdy rywale mieli rzut rożny, sam starał się kreować. Nic dziwnego, że niewiele mu wychodziło, bo jeśli nie masz płynności w jednym, drugim, trzecim zagraniu, bo nie masz z kim grać to sam spadasz na ten poziom, jaki prezentuje reszta. Zagrał słabo, ale jeśli zagrałby lepiej, to tak naprawdę niewiele więcej by z naszej gry wyszło…może niższa porażka z Kolumbią?

Leo Messi i Cristiano Ronaldo swoje zespoły pociągnęli wyżej niż Lewandowski. Reprezentacjom Argentyny i Portugalii udało się osiągnąć poziom 1/8 finału. Przed turniejem uznalibyśmy, że to zaskakująco wcześnie jak na odpadnięcie dwóch największych gwiazd piłki nożnej. Patrząc jednak na po obejrzeniu czterech spotkań w wykonaniu obu ekip, wszelkie niedowierzania idą w piach… Zarówno Albicelestes jak i Seleção das Quinas nic nie pokazały na tym czempionacie. Gra jednych i drugich opierała się na jednym człowieku. Argentyńczycy liczyli na Messiego, a Portugalczycy na Ronaldo. O ile plan z tym drugim w miarę zadział, o tyle pierwszy miał tylko dwa przebłyski. Leo i Cristiano byli w podobnej sytuacji, co Lewy – nie mieli z kim grać. W reprezentacji Jorge Sampaolego panował nieprawdopodobny chaos na tym turnieju. Trener nie potrafił poskładać drużyny, wycisnąć 100% ze swoich najlepszych graczy. Zamiast tego mieliśmy Dybalę na ławce i trenera Messiego. Ok, Leo miał wokół siebie wielkie nazwiska, ale jeśli piłkarz nie zostanie umiejętnie poprowadzony przez trenera, to nie znaczy zbyt wiele, a jeśli trenerem zostaje kapitan drużyny, to zupełnie z tego nic nie będzie… O ile Portugalia takich problemów nie miała, o tyle nie miała wykonawców założeń Fernando Santosa – o ile takie w ogóle były… Piłkarze z Półwyspu Iberyjskiego liczyli na Cristiano. Ronaldo strzelił hat-tricka w pierwszym spotkaniu, czym zadziwił świat i uratował remis z Hiszpanią, Strzelił gola dającego zwycięstwo z Marokiem i na tym koniec. Więcej nie był w stanie grać bez wsparcia kolegów. Zastąpił go na chwilę Quaresma, strzelając bramkę na wagę remisu z Iranem, ale to by było na tyle… Zabrakło wyśmienitego w tym sezonie w barwach Manchesteru City Bernardo Silvy i świetnego w drużynie Valencii Goncalo Guedesa. Portugalia nie stworzyła drużyny, Argentyna nie stworzyła drużyny… nie stworzyła też drużyny Polska…

Futbol jest na takim poziomie, że nikt w pojedynkę nie jest w stanie na turnieju zaprowadzić swej drużyny daleko. Może odmienić jeden mecz, dwa, ale na tym się kończy. Pele i Zidane mieli wokół siebie wybitnych piłkarzy i dzięki temu zapisali się na łamach historii. Na tym turnieju wspomniana trójka takie szczęścia nie miała.

Aleksy Kiełbasa