18 punktów w 24 meczach. Najmniej strzelonych i najwięcej straconych bramek w całej lidze. Cztery punkty straty do miejsca barażowego i dwa razy więcej do pozycji dającej bezpośrednie utrzymanie. Widmo 2. Bundesligi jeszcze nigdy nie zajrzało przez okna przebudowanego Weserstadionu tak odważnie jak w tym sezonie. Brak nerwowych ruchów personalnych to wynik raczej bezradności i zagubienia Franka Baumanna, niż z wiary w to, że ostatnie 10 kolejek sezonu będzie wyglądać lepiej od 24 odbytych.

Matematyka może mylić. Sprawne rachunki mydlą oczy smutnej rzeczywistości. Drużyna potrzebuje zwycięstw, ale chce ich tak bardzo, że kiedy na boisku pojawia się pierwszy symptom niepowodzenia, zespół ściąga na siebie kolejne nieszczęścia. Werder potrzebuje cudu. Niewytłumaczalnej odmiany na finiszu. Splotu szczęśliwych zdarzeń w trakcie meczów bezpośrednich rywali. Nadprzyrodzonych czynników, które nakryją te fatalne dziewięć miesięcy peleryną niebytności. Brema potrzebuje cudu. Piątego cudu nad Wezerą – tak niespokojną, nieokrzesaną, ekspansywną tej zimy.

1. Weser-Wunder

4 listopada 1987 roku. 20 tysięcy kibiców przybyło na stadion umieszczony w malowniczej scenerii. Niewielka ich część spodziewała się, że po powrocie do domów ich Werder wciąż będzie uczestnikiem rozgrywek o Puchar UEFA. Jedenaście dni wcześniej zielono-biali otrzymali srogą lekcję w Moskwie, gdzie Spartak wygrał z Werderem 4:1. 1/8 finału była tak daleko jak radziecka stolica od Bremy.

– Werder potrzebuje szybkiej bramki, by wprowadzić nerwowość w poczynania Rosjan – diagnozował sprawozdawca szanse miejscowych, kiedy piłka po raz pierwszy znalazła się przy chorągiewce.

W 2. minucie Frank Neubarth wykorzystał niezdecydowanie bramkarza i główką skierował piłkę do siatki. Kilka chwil później Neubarth znów trafił. Szybką akcję Mirko Votavy i Norberta Meiera finalizował dograniem spod linii końcowej Frank Ordenewitz. Zagrał pod nogi Neubartha, a ten wiedział, co zrobić. Kwadrans później było już 3:0. Stratę gości wykorzystał Ordenewitz. Uderzył mocno, znów nie popisał się w bramce Rinat Dasaev.

Podopieczni Otto Rehhagela odrobili straty z Moskwy w 25 minut. W drugiej połowie znów musieli gonić wynik, bo Spartak zdobył gola i ponownie miał awans w kieszeni. Do dogrywki doprowadził gol Gunnara Sauera, który – jak nazwisko nakazywało – wyskoczył pod bramką rywala jak wściekły, wzbił się ponad wszystkich i skierował piłkę do bramki, przedłużając rywalizację. W dogrywce jeszcze lepiej w powietrzu zachował się Karl-Heinz Riedle, który wykończył szarżę Thomasa Schaafa trafieniem rzadko spotykanej urody. Dzieła dokończył Manni Burgsmüller. Przyjęciem wyrzucił się z szesnastki, ale lewą nogą huknął tak, że Dasaev nie miał czego zbierać. Ładny gol Wiktora Pasulki okazał się jedynie ozdobą całego meczu i kosmetyczną poprawką wyniku. Magii temu wieczorowi dodawała gęsta mgła, która spowiła stadion i była świadkiem pierwszego cudu nad Wezerą.

2. Weser-Wunder

W październiku 1988 roku Werder znów przywiózł do Bremy trzybramkową stratę. W pierwszym spotkaniu rywalizacji 1. rundy Pucharu Europy Mistrzów Klubowych zielono-biali ulegli Dynamo Berlin 0:3. W rewanżu, na Weserstadion, worek z bramkami nie mógł się rozwiązać. Skromna, jednobramkowa zaliczka z pierwszej połowy nie dawała przepustki do kolejnej rundy rozgrywek. Po bramce Michaela Kutzopa z rzutu karnego, strzelców Otto Rehhagela długo trzymała niemoc. W 55. minucie całą swoją frustrację w uderzenie z powietrza włożył Günter Herrman. Piłka wpadła do bramki obok bezradnego Bodo Rudwaleita, który tego dnia zachwycał swoimi paradami. Chwilę później Riedle, przy odrobinie szczęścia, wyrównał stan dwumeczu.

Na dogrywkę nie zamierzali czekać Norbert Meier i Manni Burgsmüller. Ten pierwszy posłał na pole karne berlińczyków silną wrzutkę, a ten drugi rzucił się na uciekającą piłkę i głową zmienił jej kierunek lotu. Rudwaleit nawet nie drgnął. Wynik ustalił w samej końcówce Schaaf, który miał tak dużo czasu na oddanie strzału, że komentator zdążył po przyjęciu piłki trzykrotnie wypowiedzieć jego imię i nazwisko.

Drugi cud nad Wezerą stał się faktem. Swój niemały udział miał w nim ówczesny dyrektor sportowy Willi Lemke. Syn polskich emigrantów o silnie socjalistycznych poglądach, w latach 70. pozostawał w kontakcie z agentami KGB, pełniąc rolę podwójnego agenta. Swój spryt wykazał także w dniu meczowym, kiedy rano zaprosił piłkarzy Dynama na zakupy, oferując im specjalny “Werder-Rabat”.

– Mieliśmy w głowach sprzęty elektroniczne, a nie mecz – przyzna po latach w wywiadzie telewizyjnym Thomas Doll, będący wówczas piłkarzem mistrzów NRD.

3. Weser-Wunder

W strugach deszczu dokonał się jeden z najdziwniejszych powrotów w historii piłki nożnej. 8 grudnia 1993 roku w Bremie przez ponad godzinę dzielił i rządził Anderlecht. Kibice Werderu zgromadzili się na Weserstadion licząc, że po porażce z FC Porto ich ulubieńcy zrehabilitują się jeszcze przed wyjazdem na San Siro. Niektórzy z nich mecz Ligi Mistrzów opuścili już w przerwie, kiedy Belgowie mieli na swoim koncie trzy gole. Philippe Albert wykorzystał nieudane piąstkowanie Olivera Recka. Danny Boffin dołożył dwa gole, jeden z nich był niezwykłej urody.

– Grali z nami w jojo. Biegaliśmy tam i z powrotem. Jedyne, co widziałem wtedy to pięty rywali – wspominał 25 lat po tamtym meczu Weser Kurierowi Dieter Eilts.

Po przerwie niewiele się zmieniło. Anderlecht wciąż dominował. Aż do 66. minuty. Wynton Rufer podciął delikatnie piłkę ponad wychodzącym bramkarzem i dał sygnał do ataku. Podchwycił go Rune Bratseth. Ubiegł bramkarza i głową wbił piłkę do bramki. W 80. minucie w niewytłumaczalny sposób defensorzy Anderlechtu pozostawili pod własną bramką niepilnowanego Bernda Hobscha. Napastnik bremeńczyków doskonale wiedział, co zrobić ze świetnie skrojonym dograniem. Umieścił piłkę tuż przy słupku, był remis. Trzy minuty później trafił Marco Bode, a tuż przed końcem wynik ustalił ten, od którego wszystko się zaczęło – Rufer.

– Ten mecz należy do pierwszej dziesiątki najlepszych meczów, jakie kiedykolwiek rozegrano – podsumował w pomeczowym wywiadzie Nowozelandczyk, który przed reportem stał w samej bieliźnie. Wcześniej oddał w euforii kibicom meczowy trikot, spodenki oraz getry.

Werder, który przez 65. minut gry nie istniał i zainkasował trzy bramki, odrodził się jak od dotknięcia magicznej różdżki. Wezera znów zobaczyła mecz, który okraszono mianem cudu.

4. Weser-Wunder

U progu nowego tysiąclecia święcący pustkami Weserstadion znów zobaczył wielki mecz. Niewiele ponad 9,5 tysiąca kibiców wybrało się na obiekt położony tuż nad rzeką, by zobaczyć rewanżowy pojedynek Werderu z Olympique Lyon. We Francji wygrali gospodarze 3:0. Do północnej części Niemiec przyjechali, by tylko odebrać bilet do IV rundy Pucharu UEFA.

Po kwadransie prowadzenie objęli jednak miejscowi. Marco Bode z zerowego kąta, w sobie tylko znany sposób, przeniósł piłkę nad Gregorym Coupetem i umieścił ją w bramce. Chirurgicznej precyzji zagraniu przyglądał się z bliska Ailton upewniający się, że posłuszne narzędzie gry wpadnie za linię bramkową. Przed przerwą podwyższył Andreas Herzog. Austriak wykorzystał rzut karny przyznany po faulu na Torstenie Fringsie. Der Lutscher zaprezentował ładny zwód w szesnastce i w ten sposób oszukał rywala. Francuzi przez całą przerwę czuli na karku oddech zmotywowanego do szpiku kości Werderu.

Bremeńczycy złapali w żagle wiatr ciągnący znad Osterdeich. Nie hamował swoich piłkarzy Thomas Schaaf – biegający po boisku we wspomnianych potyczkach ze Spartakiem i Dynamem, z Olympique odpowiadający za personalia zielono-białego okrętu. Rachunek krzywd wyrównał Frank Baumann strzałem z bliska. Szalę na korzyść Werderu przechylił 21-letni wtedy Claudio Pizarro. Prawą flanką szarpnął Ailton, zostawiając przeciwnika z tyłu. Brazylijczyk wyłożył piłkę młodszemu koledze, ten trafił nieczysto, ale idealnie. Dał Werderowi awans i wpisał cały mecz na listę bremeńskich cudów.

5. Weser-Wunder?

Cztery cuda nad Wezerą już się zdarzyły. Werder będzie potrzebował kolejnego, by zachować status zespołu 1. Bundesligi. Czy będzie to cudowna przemiana drużyny po przerwie spowodowanej epidemią koronawirusa, czy anulowanie sezonu 2019/20, będące całkowicie pozasportowym rozwiązaniem – mniej ważne. Utrzymanie Werderu Brema w bieżących rozgrywkach będzie piątym cudem nad Wezerą.

Kilka tygodni temu, w bremeńskim tramwaju, zaczepia mnie mężczyzna w średnim wieku. Widzi zapewne owinięty wokół szyi zielony szal, dlatego zagaduje:
– Nie potrafię sobie wyobrazić spadku.
Uśmiecham się smutno, uświadamiając sobie, że nie wiem, jak wygląda świat z Werderem w 2. Bundeslidze.
Nie ma w tym logiki. Nie mamy żadnych argumentów na boisku. Dziś przegramy, bo w Borussii jest Haaland. Ale nie spadniemy – zapewnia nie wiem, czy bardziej mnie czy siebie.
Porusza jeszcze nieznacznie wargami, jak gdyby odmawiał czary nad słowami, które właśnie puścił w eter. Potem wysiada, o jeden przystanek za wcześnie.

Źródła:

  • Deichstube.de

  • Welt.de

  • 90min.de

  • Weser-kurier.de

Dominik Kania

UDOSTĘPNIJ