Życie kibica Interu w ostatnich latach to prawdziwa droga przez mękę. Każdy interista przed meczem swojej ukochanej drużyny powinien połknąć garść środków na uspokojenie i być podłączony do aparatury podtrzymującej życie. Innym sposobem jest zażycie sporej ilości napojów wysokoprocentowych, bo przecież na trzeźwo nie da się oglądać tej drużyny.

Marsz ku miernocie

Cała degrengolada i patologia zaczęła się sześć – siedem lat temu. Brak awansu do ligi mistrzów, problemy finansowe, nietrafione transfery, parodyści na ławkach trenerskich – istna recepta na klęskę. Nastąpiły pierwsze niespodziewane porażki z potęgami z Novary bądź Sieny. Jeszcze wtedy kibice Interu uznawali to za zaskoczenia i wypadki przy pracy, w kolejnych latach zaskoczeniami i wypadkami przy pracy były wygrane Interu.

Zawsze podchodziłem do meczów bardzo emocjonalnie. Doskonale wiedzą o tym moi znajomi, którzy nie raz przed spotkaniem lub w momencie jego trwania chcą, tylko żebym się zamknął. Ostatnie lata były szczególnie ciężkie. Oglądanie ciągłych porażek swojej ukochanej drużyny doprowadziło mnie nawet do nadciśnienia. Tak, przez Inter Mediolan mam problemy z ciśnieniem i muszę brać leki. Takie życie interisty.

Nadzieja na lepsze jutro

Światełko w tunelu pojawiło się po sezonie 2016/2017. Do drużyny wówczas zawitał Luciano Spalletti. Po raz pierwszy od kilku lat nabrałem nadziei na lepsze jutro. Spalletti kupił mnie swoimi charakterystycznymi wypowiedziami podczas konferencji, ale przede wszystkim faktem, że z Romą grał regularnie w lidze mistrzów.

Cały sezon 2017/2018 to istny kalejdoskop wrażeń. Niewiele brakowało a można by mu nadać tytuł „Od lidera do frajera”. Na nasze szczęście tym frajerem okazało się Lazio i po sześciu latach wróciliśmy do ligi mistrzów. Luciano stał się dla mnie niczym „piłkarski ojciec”. W końcu doczekałem się trenera, który wprowadził tę bandę nieudaczników do najbardziej prestiżowych rozgrywek w Europie.

Spalletti perchè?

Obecne rozgrywki miały być kolejnym krokiem naprzód. Głośne transfery, hashtagi “Inter is coming” “Inter is back” i wypowiedzi ludzi związanych z klubem napawały nadzieją wszystkich kibiców. Hype na Inter był ogromny. Czuliśmy, że najgorsze jest już za nami i po boisku nie biegają już Jonathan, bądź Dodo. Początek sezonu był nieudany. Porażki z Sassuolo i Parmą spowodowały, że niektórzy z nas kończyli na ziemi z drgawkami i pianą w ustach, no bo ile można przegrywać?!

Z obawami spoglądaliśmy na pierwszy mecz w lidze mistrzów przeciwko Tottenhamowi. Inter po raz kolejny zafundował swoim kibicom stan przedzawałowy i wygrał strzelając dwa gole w ostatnich fragmentach spotkania. Od tego momentu zaczęła się seria zwycięstw. Oczywiście żaden z racjonalnie myślących kibiców nie zakładał walki o Scudetto, czy dalekiego zajścia w lidze mistrzów. Jednak w końcu widać było stabilizację, pewne wygrane z mniejszymi rywalami, wygrane derby, dobre wyniki w Champions League. Wszystko wyglądało dobrze, do czasu….

Do czasu, gdy Spalletti stracił całkowicie głowę. Nikt nie jest w stanie zrozumieć, co w pierwszym składzie robi Ivan Perisić, który swój ostatni dobry mecz miał we wrześniu. Chorwat od dłuższego czasu jest kompletnie bez formy i lepszym oraz tańszym wyjściem byłoby postawienie słupa na lewym skrzydle. Drugą sprawą są fatalne w skutkach zmiany. Każdy z nas popełnia błędy, ale Luciano nie wyciąga z nich żadnych wniosków. Najlepszym przykładem jest mecz z Juventusem na Allianz. W okolicach 60 minuty, przy stanie 0:0 Spallettiemu w jego łysej pale zapaliła się żaróweczka „remisujemy z Juve na wyjeździe? Zdejmę najlepszego na boisku Politano i wprowadzę Borję Valero, nie może się nie udać”. No i jednak się nie udało.

Najnowszym wyczynem toskańskiego szkoleniowca jest frajerstwo sezonu, którego byliśmy świadkami we wtorek. Inter żeby awansować musiał wygrać z PSV na San Siro, licząc na to, że Barcelona uzyska pozytywny wynik z Tottenhamem. “Nerazzuri” otrzymali wielki prezent od Katalończyków, ponieważ ci zremisowali z londyńską drużyną. Prezent, którego Spalletti i spółka nie potrafili otworzyć, przez co pożegnali się z ligą mistrzów.

Jaka przyszłość czeka naszego trenera?

W ostatnich dniach prześladuje mnie kilka obrazków. Jednym z nich są łyse głowy Spallettiego oraz Borjy Valero. Drugim natomiast ciągłe komentarze kibiców Interu, mówiące o tym, że Spalletti to życiowy przegryw i trzeba go jak najszybciej zwolnić. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę i pomyślmy. Sympatyczny „Lucek” jest jaki jest, ma swoje dziwne odpały z wprowadzaniem Valero, który jedynie co mu ostatnio wychodzi to czesanie swojej brody, czy bezustanne stawianie na wypalonego niczym wietnamska dżungla po napalmie Perisicia. Ma swoje wady, ale to jest trener, który jako pierwszy po latach depresji i samobójczych myśli doprowadził te piłkarskie pokraki do Ligi Mistrzów. Słabsze wyniki Interu to nie tylko wina trenera, ale także i piłkarzy, których większość jest pozbawiona jakości i zamiast jaj mają parę wydmuszek. Dlatego moim zdaniem Spalletti powinien zostać na ławce i osobiście wierzę, że wróci do czasów, gdzie za jego sterów wygrywaliśmy mecz za meczem.

Nam Interistom pozostaje cierpliwie czekać na kolejne spotkanie, ale jednego możemy być pewni. Szalone DNA tej drużyny nigdy się nie zmieni, a przecież między innymi za to ją kochamy. Dzięki temu klubowi czujesz, że żyjesz i mimo wielu niepowodzeń wiesz, że nigdy go nie porzucisz.

Zobacz także:Stępiński zmieni klub?

UDOSTĘPNIJ
Avatar
Urodzony w Warszawie student i miłośnik wszystkiego co włoskie, a w szczególności piłki nożnej. Poza "calcio" w każdej postaci pasjonat języków obcych, muzyki, horrorów oraz literatury grozy.